Z forum wzięte – o operatach słów parę!

Oto jeden z wpisów na forum, odnoszący się do operatów rybackich i całej tej ich otoczki…

Z dnia 3.04.2017, wątek ‚O PZW rozmów ciąg dalszy’, wpis nr 219

„Nic nie możemy zrobić, takie mamy operaty!”

Te słowa słyszymy za każdym razem, kiedy jako wędkarze i faktyczni dzierżawcy wód państwowych (rzek, zbiorników zaporowych, jezior) domagamy się od naszych przedstawicieli intensyfikacji zarybień, zmiany składu gatunkowego wpuszczanych ryb, dodatkowej ochrony lub zaprzestania odłowów sieciowych na wodach dzierżawionych przez PZW.

Początkowo zamierzałem podzielić się z Wami wiedzą o tym czym właściwie jest ten tajemniczy operat. Znalazłem jednak bardzo przejrzysty, syntetyczny opis tego dokumentu na jednej ze stron: http://operatujemy.pl/operat-rybacki/

Uważam, że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi. Skupiłem się zatem na tym, by na bazie posiadanej wiedzy pokazać w jaki sposób wykorzystuje się jej, by tym całym operatem robić nam wodę z mózgów. Wskazać, gdzie tkwią nurtujące nas problemy. Oto kilka spraw, które po przeprowadzonym wywiadzie wydają się być oczywiste (jeżeli się mylę – proszę mnie wyprostować podając źródła danych) i które uważam za istotne dla każdego z nas:
Operat sporządza użytkownik rybacki/uprawniony do rybactwa. W PZW zazwyczaj robi to albo ichtiolog okręgu, albo zespół fachowców z jego udziałem. Sugerowanie, że jest to dokument narzucony odgórnie jest mijaniem się z prawdą!

Zasady dotyczące konstruowania operatu dają szerokie spektrum możliwości. Wmawianie wędkarzom, że RZGW ma tu jakieś sztywne zasady nie do przejścia jest fałszywe. To, czy dany operat zostanie zaopiniowany pozytywnie ( nie robi tego RZGW, o czym w dalszej części) zależy w znacznej mierze od woli jego twórców. Woli, wiedzy i intencji! W szczególności:

a) można skonstruować operat tak, aby zarybienia zredukować do minimum – opierając się na tarle naturalnym, tworzeniu obrębów ochronnych (mateczników), wsparciu naturalnego rozrodu, kierunkowaniu presji wędkarskiej itp. Jest to trudne, ale wykonalne – o ile zrobi to osoba o wysokich kwalifikacjach.

b) rejestracja połowów przez wędkarzy nie jest konieczna – rejestry, o których powszechnie wiadomo, że są źródłem całkowicie niewiarygodnych danych można zastąpić okresowymi badaniami statystycznymi i stworzyć odpowiedni model statystyczny do szacowania presji, składu jakościowego i ilościowego, czy ubytku ryb z łowiska. Modelem statystycznym można zastąpić również częściowo odłowy kontrolne służące tym celom.

c) gospodarka na zbiornikach zaporowych wymaga odłowów sieciowych dla ograniczenia liczebności karpiowatych – kolejny kit, który serwują nam związkowi „biznesmeni” zapychający dziury w budżecie okręgów dochodami ze sprzedaży ryb to właśnie rzekoma konieczność odławiania sieciami nadmiaru niechcianych gatunków. Ten sam lub podobny efekt można osiągnąć ukierunkowując presję wędkarską na dany gatunek, odpowiednio intensywnie zarybiając gatunkami drapieżnymi czy stosując znacznie bardziej zaawansowane zabiegi. Już dawno powinno się rozpocząć odpowiednie programy wykorzystujące badania nad populacjami samiczymi łososiowatych. Można bowiem zarybiać zbiorniki materiałem zarybieniowym składającym się w 100% z samców, które zostały pozbawione płodności. Wezmą udział w tarle, które nie da efektów – prosty sposób na ograniczenie liczebności? Tylko na to trzeba by wydać pieniądze, a PZW chodzi tu raczej o to, by je tanim kosztem (bo cudzym – naszym) pozyskać.

Operat można zmienić – brak takiej możliwości to kolejny „farmazon”, którym się nas karmi. Powodów jest kilka (pewnie więcej niż podaje poniżej, ale umysły naszych działaczy są nieprzeniknione, a fantazja iście ułańska, więc wybaczcie, że nie wszystkie wymienię):

a) to kosztuje – ktoś musi nie tylko poświęcić czas na sporządzenie odpowiedniej dokumentacji, ale należy poddać ją opiniowaniu, które również nie jest darmowe,

b) właściwa pod względem merytorycznym i fachowym korekta istniejących operatów obnażyłaby brednie wcześniej nawypisywane przez związkowych „naukowców” w dotychczas obowiązujących operatach. Opierają się one przecież głównie na danych zawartych w wędkarskich rejestrach, a to już kwestia z pogranicza science-fiction. Podobnie jest z odłowami kontrolnymi. Choć wykonuje się je wg odpowiedniej metodyki ich wyniki są absolutnie niewiarygodne. Szczególnie, gdy odłowu dokonuje się na zbiornikach o urozmaiconym dnie. Sam byłem świadkiem odłowu, podczas którego z sieci wyjęto 2 leszcze i może z pięć boleni. Godzinę po odłowie pływałem po akwenie z echosondą, która w najgłębszych 10-cio metrowych dołach nie chciała się przebić do dna przez ryby i wskazywała 3m głębokości. Tego dnia złowiłem kilkadziesiąt grubych okoni i dwa szczupaki, a koledzy na brzegu połowili białorybu do znudzenia. Nawet najlepszy model statystyczny nie pozwoli na więcej, niż ocenę biomasy tych gatunków, które w sieci wpadły. A co z pozostałymi? Dopisze się jakoś kochani, dopisze…

Jak widzicie, można wędkarzom opowiadać, że operaty są jakie są, wszystkiemu winny ktoś inny, odłowy sieciowe muszą być, rejestry są potrzebne itp. bzdury. Tak długo, jak będziemy w to wierzyć i na to przyzwalać.
Na koniec rzecz najistotniejsza. Wszelkie nieprawidłowości jakich dopuszczają się „biznesmeni” z PZW wynikają przede wszystkim z tego, że się ich nie kontroluje. To zadanie należy do RZGW, ale problem leży w tym, że ustawa nadaje tej PRL-owskiej instytucji uprawnienia do kontroli zamiast obowiązku kontroli. Gdyby taki został nadany, a pracownik RZGW odpowiadałby rzeczywiście za nadzór nad zarybieniami i odłowami już dawno byłoby po problemie. Do tej pory żadnemu politykowi czy pracownikowi Ministerstwa Finansów nie wpadło do głowy, że PZW faktycznie płaci Państwu za użytkowanie obwodów rybami, które wpuszcza, czyli w naturze. Są to de facto jednak takie same pieniądze jak każde inne. I skoro nas łapie się za dupę za każdy grosz puszczony obok kasy fiskalnej, ciąga po poborcach skarbowych za niedopłatę kilku groszy to może w końcu ktoś zająłby się dziurą w systemie dzięki której można nadal prowadzić „zarybienia na papierze”?!

Są kraje, w których państwo oddaje w użytkowanie wędkarskie swoje obwody które zarybiane są z urzędu przez państwowa instytucję. I to wyłącznie materiałem dużym, rybami co najmniej dwuletnimi. Ta instytucja po dokonaniu zarybienia wystawia użytkownikowi wędkarskiemu (nie rybackiemu!) fakturę. I na tym się kończy. I ryby są w wodzie! Wędkarzom pozostaje zagospodarowanie brzegów, utrzymanie czystości, ochrona i ewentualnie wsparcie tarła rozrodu naturalnego. Można? Niestety, jeszcze długo nie w tym kraju…
niżej podpisany:
konstruktywny opozycjonista

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Sklepy, w których dostępny jest magazyn Spławik i Grunt

Poniżej znajduje się lista sklepów, w których będzie można dostać magazyn Spławik i Grunt. Lista cały czas rośnie, i będzie na bieżąco uaktualniana. Jest też możliwość zamówienia przez sklepy wędkarskie magazynu (kontakt :

splawikigrunt@gmail.com)

oklahoma

Sklepy będące dystrybutorami magazynu Spławik i Grunt:

Trotka – Warszawa

Rapa – Warszawa

Fish point – Kraków

Raj Wędkarski Łódź

Drapieżnik – Białystok

Gruba Ryba – Kielce

Big Fish – Częstochowa

Sklep Shark – Elbląg

Planeta Wędkarza – Gorzów Wielkopolski

Leader – Rzeszów

Krokodyl – Wrocław

Karpiowy.pl – Wrocław

Centrum Wędkarskie u Jarka – Opole

FishNet – Zielona Góra

Rybka – Wodzisław Śląski

Kaper – Wodzisław Śląski

Manzen – Poznań

Sandacz – Biała Podlaska

Sas – Biała Podlaska

Lidia – Biała Podlaska

Raj Wędkarski – Łódź

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Kłusownictwo nad Wieprzą – zagłada troci

Dość wstrząsający post zamieścił jeden z forumowiczów, który obrazuje w jakiś sposób pewne zachowania ludzi parających się kłusownictwem. Jak widać, można zarybiać, dbać, stosować złap i wypuść, ale co z tego, kiedy do akcji wkraczają tacy goście? Przeraża też niska świadomość społeczna tych, co kupują tanią rybę od kłusowników, wspomagając wymiernie ten proceder.

Oto wpis użytkownika o nicku Frankestin :

Właśnie wróciłem z ferii zimowych. Byłem u rodziców nad Wieprzą https://pl.wikipedia.org/wiki/Wieprza.
Rzeka ta mimo, że jest mniej znana od Parsęty, obfitowała w troć wędrowną, która to regularnie ma w niej tarło. Ryba ta w czasie tarła daje się bez problemu podejść i zarżnąć, co jest bezwzględnie wykorzystywane przez kłusowników. Miałem okazję porozmawiać z jednym z nich i pochwalił się „osiągnięciami” swoimi oraz swoich kolegów po fachu.

Może na początek sprecyzuję obraz pospolitego kłusownika nadwieprzańskiego. Wykształcenie podstawowe lub zawodowe, bardzo często bez aspiracji na pracę w stałym wymiarze godzin. Wiek to zwykła dwadzieścia kilka lat, aczkolwiek występują w śród nich dinozaury w wieku 50-60 lat. Jednym z ulubionych zajęć tej grupy ludzi jest picie pod sklepem.

Kiedy przychodzi „sezon” łowiecki spod sklepu przenoszą się nad małe dopływy Wieprzy, gdzie wyciągają ościenie i rozpoczynają rzeź a przy okazji pewnego rodzaju igrzyska. Doskonale wiedzą kto ile sztuk upolował w danym sezonie. Rekordem mojego rozmówcy było 136 szt. w jednym sezonie. A nie był to osobnik szczególnie uzdolniony w tym fachu. Pytam więc człowieka: po co Ci 136 szt. ryby? Odpowiedz jest prosta sprzedając po 10 PLN/szt. na dodatkową kasę. Kasę, którą to skutecznie przepuszcza na alkohol pod sklepem snując łowieckie opowieści.

Inny osobnik tak układa sobie plan urlopów by mieć wolny cały grudzień i dorabiać wycinając rybę. Jako bardziej uzdolniony w tym fachu osiąga personal best około 250 szt.

W całej wsi jest kilkunastu takich co daje a raczej dawało wyniki w tysiącach. A to tylko jedna wieś na biegu tej pięknej rzeki… Bo rzeka ta jest piękna, wie o tym każdy kto miał okazję spłynąć po niej kajakiem.

Obecnie brać kłusownicza jest zaskoczona, że coraz trudniej o rybę. I do głowy im nie przyjdzie, że mają z tym coś wspólnego.

Na koniec rozmowy kłusol przyznał się do spalenia żeremia bobrowego. Po prostu szedł i je podpalił bo stwierdził żeremie na rzece jest mu niepotrzebne.

Pocieszające jest to, że w od zeszłego roku rzeka jest w prywatnych rękach i liczę na to, że dzierżawca będzie walczył w tym procederem i rybostan uda się odbudować. Nie wiem czy to jest powiązane, ale 2 kłusoli zostało w tym roku złapanych na gorącym uczynku. Kary na szczęście okazały się wysokie (8000 PLN) i być może da to innym do myślenia. Pewności nie ma bo generalnie umysły mają na poziomie pierwotniaków.

Pytanie które się wysuwa na pierwszy plan: Jak ja mogę z tym walczyć?

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Feeder w natarciu!

W przyszłym roku wreszcie ruszają imprezy feederowe, jakimi są Mistrzostwa Polski. Feeder dynamicznie się rozwija w naszym kraju, i takie imprezy organizowane przez PZW są bardzo potrzebne.

Niestety, póki co ‚start’ jest dość ciężki. O dziwo imprezę zaplanowano na przełom marca i kwietnia. Czyżby był to primaaprilisowy żart? Wszystko na to wskazuje, że nie.  Prawdopodobnie chodzi o wyłonienie kadry na mistrzostwa świata. Trochę to żenujące, bo ani czas nie jest dobry, ani sposób wyłonienia najlepszych do reprezentacji Polski nie jest tutaj obiektywny. Jedne zawody nie do końca są wyznacznikiem tego, czy ktoś nadaje się do drużyny czy też nie, ale pomińmy ten fakt. Strach pomyśleć jak się to wszystko będzie odbywać, znowu będą działacze, sponsorzy, układy i układziki…

Na pewno potrzeba nam jak największej ilości imprez gruntowych. Szkoda, że wody PZW są takie przetrzebione i jakże trudne. Nie zachęca to wielkich rzesz do startów póki co.  Ale pierwsze koty za płoty. Zawody na komercjach są coraz bardziej popularne, co roku jest ich coraz więcej. Zawody Matrixa, cykl eliminacji i finał, mają już praktycznie pełną obsadę, zaledwie kilka dni po ich ogłoszeniu, a przecież mamy jeszcze rok 2016! To pokazuje jak dużym zainteresowaniem cieszą się takie imprezy.

Jak na razie okazuje się, że nie wszystkie okręgi przeprowadziły mistrzostwa u siebie. Oznacza to, że trzeba o to po prostu zawalczyć. Dlatego polecam każdemu, u kogo takiej imprezy nie ma, naciskanie na zarząd okręgu, aby taką imprezę zorganizował. Warto zachęcać naszych znajomych, aby poparli ten projekt. Wtedy taka impreza na stałe się wpisze w kalendarz corocznych rozgrywek, warto też optować o organizowanie takich zawodów w kołach do których należymy! Jak się okazuje bez nacisków mistrzostwa okręgu się nie odbędą.

Po części przyczyną tego jest słabe orientowanie się w tym co jest na czasie przez ludzi będących w zarządzie okręgu i kapitanatach. Są miasta jak Wrocław, gdzie feeder jest bardzo mocny i zorganizowany, są też takie jak Katowice, okręg z jedną z największych ilości wędkarzy, gdzie takiej imprezy nie przeprowadzono. Dlatego organizujmy się i walczmy!

Jedną z rzeczy która jest dla mnie problemem, to regulamin tych rozgrywek. Reguły jakie obowiązują na MŚ są dość ostre, zabraniają używać zestawów blokowanych, w tym Metody, przypon musi mieć minimum 50 cm. Dodatkowo nie wolno używać pelletów oraz kulek, bazuje się na przynętach i ich limitach takich jak w spławiku. Jest to chore, bo regulamin ten w pewnym stopniu ‚kastruje’ istotę samego feedera. Jeżeli mielibyśmy łowisko z większymi rybami, to takie zasady sprawiają, ze nie łowimy tak jak powinniśmy, przypomina to jedzenie zupy widelcem. Płoci i tak nie łowi się na Metodę, więc wędkarze sami by się dopasowywali do łowiska i ryb. Trudne przepisy tylko komplikują wszystko. I prościej – tym lepiej.

Dlatego powinniśmy się angażować jak najbardziej. PZW nie jest związkiem idącym z duchem czasu. Zarząd Główny, wiele osób w okręgach, zatrzymało się w latach 80 i 90tych, i jeżeli nie wskażemy im kierunku, będą kierować nas na manowce.

Jako ciekawostkę podam, że Anglicy, którzy są najlepszymi w feederze, co roku staja na pudle, nie łowią z użyciem tych reguł na Wyspach praktycznie w ogóle. Przepisy zawodów są proste, dopuszczają wszelkie zestawy gruntowe praktycznie, krótko mówiąc  – są dla ludzi. Nie przeszkadza to kadrze Anglii dopasować się do skostniałego regulaminu MŚ i zajmować czołowe lokaty. Tak więc nie trzeba bezmyślnie kopiować pewnych rzeczy, Polacy nie gęsi – swój język mają jak pisał Rej. Tutaj można powiedzieć, że mamy swój rozum, i spokojnie dopasować się można do warunków. Dlatego jeżeli będziemy promować feedera i wszelkie rozgrywki – nie upierajmy się przy regulaminie międzynarodowej organizacji. Lepiej go uprościć – więcej wędkarzy wtedy będzie brać udział w rozgrywkach. Jak pisałem – im prościej tym lepiej.

Na koniec zachęcam wszystkich do startów. Nic tak nie uczy, jak udział w zawodach, możliwość obserwowania innych, zdobywanie doświadczenia, zwłaszcza gdy ryba zazwyczaj zachowuje się inaczej, bo jest spora presja. Czasami podejrzenie bardziej doświadczonych kolegów po kiju powoduje wielki skok  i znaczne powiększenie naszych umiejętności.

Tak więc bierzmy się do roboty, bo feeder jest w natarciu!

 

 

 

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Jak manipulować ‚po rybacku’ – czyli jak kormorana postrzegają naukowcy z IRŚ

  Po raz kolejny spotykam się z manipulacją polskich naukowców z Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, jaka mnie, wędkarza, denerwuje i drażni.

Tym razem na tapecie znowu jest kormoran. Ptak, który nie kojarzy się nam wędkarzom raczej przyjemnie. Zżera masę ryb, i jest w stanie wyrządzić olbrzymie szkody w rybostanie. Jako, że ptak ten migruje, przemieszcza się – to wiadomo, że jego pojawienie się może oznaczać małą klęskę dla danej wody. Zeszłej zimy prawie tysiąc sztuk okupowało około tygodnia wody na Rybniku, gdzie ma miejsce zrzut wody ciepłej i gdzie ryb jest sporo, w tym dużo okazów. Ptaki podobno, oprócz krwawego żniwa spowodowały śmierć ryb, które zapędzone w strefę beztlenową spotkał tragiczny los. To tylko przykład spustoszeń jakich dokonać może kormoran.

Co jednak ciekawe, jego wysoka liczebność musi mieć jakiś powód. Ornitolodzy wyraźnie wskazują, że duża populacja tego gatunku to efekt niewłaściwej gospodarki rybackiej, jaką realizuje się w Polsce. Oto artykuł ze strony głównej :

 O kormoranie i polskich wodach inaczej…

Teraz w moje ręce trafił ciekawy dokument, jakim jest ‚Kormoran w północno-wschodniej Polsce – podsumowanie dziesięciu lat badań’ autorstwa czterech pracowników IRŚ, datowany bieżącym rokiem, czyli 2016.

Kormoran…

Już wstęp zaskakuje, i to mocno, bowiem dowiadujemy się o tym, jak bardzo wzrosła ilość kormorana od 1986 roku. To co muszę zacytować, to: ‚Wzrost liczebności kormorana wiąże się ze zwiększeniem presji na ichtiofaunę’.

Szok i przerażenie. Nie wiem kto to pisał, ale trzepnął gniota jak się patrzy. Bo wynika z tego, że nagle albo ptak się ‚wściekł’ i zaczął gnębić ichtiofaunę, czyli ryby,  i zaczął się namnażać. Jakiś gen, mutacja, może to efekt Czernobyla? Czy może chodzi o to, że presja na ichtiofaunę jest spowodowana przez… rybaków? I cichutko się temat zostawia? Może założenia odnośnie rybactwa, operatów rybackich, systemy zarybień są niewłaściwe?

Co się pod tym kryje? Można przeczytać resztę opracowania i wtedy ujrzymy jasno obraz całości. Lobby rybackie, którego interesy prezentują wyraźnie naukowcy z IRŚ, nie chcą pokazać nam, że kormoran rozmnaża się na skutek niewłaściwej gospodarki rybackiej. Brak drapieżnika jakim jest szczupak, sandacz i okoń w polskich wodach sprawia, że namnaża się sporo ryb, drobnicy. I ta właśnie jest pokarmem kormorana, co zresztą w opracowaniu jest mocno pokazane: ‚Dotychczasowe badania i opracowania związane z dietą kormoranów wskazywały, że ofiarami kormorana są głównie niewielkie ryby’. Po prostu – kormoran zastępuje w roli drapieżnika szczupaka. Jako, że jest sporo małej ryby, znajduje na idealne warunki, i się szybko rozmnaża. Będąc pod ochroną jest mu łatwiej. To już wskazał dr Bzoma w linkowanym wcześniej artykule z Angory.

To co chcę pokazać, to fakt, że w opracowaniu tym ani słowem nie wspomina się o tym, że być może ilość kormorana to efekt złej gospodarki rybackiej. Na Mazurach ciężko o ładne ryby, dla wędkarzy nie jest to już raj, od kilkunastu lat. Nie ma sensu jechać tam na wędkarskie wakacje czy krótsze wypady, bo o efektach można zapomnieć. Jeżeli już będziemy łowić, to właśnie drobnicę. Na forum nie ma ani jednej osoby, na kilkuset aktywnych forumowiczów, która miałaby efekty na jeziorach Warmii i Mazur. Pomimo, że to piękne miejsca, i dla kogoś kto by oglądał takie wody wydawać by się mogły spełnieniem marzeń, to są pozbawione większych ryb, jałowe. Rybacy i niefrasobliwa gospodarka doprowadziła do takiej sytuacji. Trochę to tak, jakby na pustyni zaczynało brakować piasku!

Polska ma jedne z najbardziej zdegradowanych wód w Europie. Jesteśmy pod tym względem krajem zacofanym, w ogonie państw z UE. Nasi sąsiedzi mają masę ryb w wodach, tylko w Polsce jednak prowadzi się tak dziwną gospodarkę. Naukowcy z IRŚ wskazują na jedyny słuszny kierunek – rybacki, i taki też jest wyznaczony przez polskie prawo. Tak ważne tarło naturalne i obecność dużych reproduktorów, drapieżników zostało jakby pominięte – kładzie się nacisk na zarybienia, ryb się nie chroni wystarczająco. Co gorsza, zarybia się gatunkami inwazyjnymi, które też zmieniają polskie wody.

Miałem okazję być w październiku we Francji, w Szampanii, nad rzeką Marne. Już po wizycie w sklepie wędkarskim widać było, że tam się łowi – klientów było sporo. Nad rzeką też widać wędkarzy, którzy zabierają ryby! Tak, biorą, tam nie ma złap i wypuść, no chyba, ze ryba nie ma wymiaru lub nie smakuje (jak powiedzieliśmy, że łowiliśmy brzany i klenie, to  jeden Francuz skrzywił się z niesmakiem). Tam nie naruszono stad ryb, które co roku się wycierają naturalnie. Jest ryba, nie trzeba zarybiać. Drapieżnik robi swoje, kilka kormoranów przeleciało, ale nie robią one tam spustoszenia, wędkarze nie narzekają. Wszystko działa.

W Polsce? Mamy przełowione wody, gdzie wytępiono ryby które co roku się wycierały. Teraz jest ich zbyt mało aby dać początek kolejnym silnym rocznikom, zarybienia wcale nie są odpowiedzią tutaj. Zresztą i tak najczęściej zarybia się w Polsce karpiem, który się nie rozmnaża, i jest odławiany w dużej mierze zaraz po zarybieniu. Nie chroni się u nas dużych ryb, nie ma górnych wymiarów ochronnych. Jak są, to na skutek żądań wędkarzy w danych okręgach, bynajmniej nie stoją za tym rybaccy naukowcy z IRŚ. Ci nie uważają w ogóle dużych drapieżników za coś korzystnego dla zbiorników.

Pomyśleć, że jeszcze w latach 80tych nasze wody były rybne, podobne do tych francuskich dzisiaj…

Sytuacja z kormoranem pokazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z manipulacją i lobbowaniem za rybacką ‚zrównoważoną’ gospodarką. Kormoran staje się jednym z kozłów ofiarnych, przestępcą, który sieje spustoszenie w polskich wodach. Na pewno wyrządza szkody, ale dlaczego? Szkoda, że brakuje u nas naukowców i silnego lobby wędkarskiego,  którzy mogliby jasno ukazać, kto tu źle działa i zarządza. Cała Europa przestawiła się na inny model gospodarki wodami, tylko w Polsce panuje jeden kierunek, prorybacki. Sitwa, jaką są zarządzający Polskim Związkiem Wędkarskim współpracuje z rybackimi ichtiologami z IRŚ. PZW prowadzi odłowy sieciowe na wodach związku, więc ‚sojusz’ jest chyba łatwy do zrozumienia. Aby było jeszcze lepiej, kilka lat temu oszukali wędkarzy z Mazowsza, wskazując, że wody Zalewu Zegrzyńskiego trzeba ratować, odławiając zbyt dużą ilość drobnicy. Zainstalowana ekipa rybacka oczyściła wody zalewu tak, że teraz ciężko o jakiekolwiek wyniki, wędkarze złorzeczą i miotają gromy. A ręce zacierają i naukowcy z Olsztyna, co wykazywali takie rozwiązanie (tak, zamiast ochrony drapieżnika naciskali na odłowy sieciowe), sami rybacy, jak też i ludzie z zarządu okręgu PZW, którzy zasiadają w radzie spółki rybackiej. Chyba tylko w Polsce lub krajach jak Białoruś lub Rosja można łączyć tak dwa stanowiska. Brać pieniądze za bycie prezesem okręgu związku wędkarskiego i kasę za zabieranie ryb wędkarzom poprzez działanie spółki, która działa na ich niekorzyść.

Jedno jest pewne. Musimy walczyć o swoje i żądać zmian. Kierunek jaki wyznaczają nam naukowcy z IRŚ, urzędnicy z RZGW, politycy związani z Ministerstwem Rolnictwa jest zły. Ryb brakuje, wody są zdegradowane, a z półtoramilionowej rzeszy wędkarzy, prawie wszyscy są niezadowoleni ze stanu wód. Wyraźnym tego wskaźnikiem jest liczba członków PZW – która wynosi około 600 tysięcy zaledwie. Wielu przestało płacić składki, bo nie ma to dla nich sensu.

Nie dajmy sobie też wmówić, że wszystko co złe to wina kormoranów i wędkarzy. Polskie państwo powinno zadbać o to, aby ryby były. I nie mówię tu wcale o tym, że ma zarybiać na wielką skalę. Wystarczy aby dbało o to, aby jak we Francji – stada ryb były spore, i naturalne tarło uzupełniało ubytki. Odpowiednie przepisy i kontrole powinny to zapewnić. Na pewno jednak to co zawodzi – to  kierunek polityki odnośnie wód. Polscy naukowcy to lobby rybackie, działające w interesie rybaków. Wędkarzy uznaje się za ‚zło konieczne’, serwuje jednak im przepisy stricte rybackie. Pomimo, że rybaków śródlądowych w Polsce jest już zaledwie kilkuset, i w większej części kraju ich już nie ma, wędkarze zaś są wszędzie, i jest ich półtorej miliona.

Zamiast postawić na hodowlę ryb, wędkarstwo i rybactwo, z uporem maniaka prowadzi się gospodarkę rybacką, nastawioną na zabieranie ryb, tak jak za PRLu, gdzie ryby były ważnym uzupełnieniem diety Polaków. Teraz półki sklepów uginają się od towarów, jedzenia jest masa, samych ryb jest sporo, zwłaszcza morskich, są owoce morza. O wiele lepiej więc nastawić się na turystykę wędkarską, rozwój agroturystyki, spróbować zachęcić Polaka na spędzenie urlopu w Polsce a nie w takiej Szwecji.  Jak to jest możliwe, że półtorej miliona wędkarzy nie ma gdzie skutecznie łowić? Nie mają oni swoich reprezentantów, nie zapewnia się im warunków do uprawiania swego hobby?

Właśnie – tak jak pokazałem wiele rzeczy bierze swój początek właśnie od naukowców. To oni mają tytuły, rządowe wsparcie, prowadzą badania… Ale jakby nie było, działają jako instytucja podległa resortowi rolnictwa, te zaś zajmuje się ‚produkcją żywności’. Polski ichtiolog z IRŚ to fachowiec od rybactwa, produkcji rybackiej, niekoniecznie od ochrony przyrody. To oni kreują politykę ‚wodną’, przynajmniej mają wielki na nią wpływ. Za nimi murem stoją włodarze PZW, baronowie z ZG czy okręgów, im wierzyć będą politycy…  Jednak dowodem niesłusznej gospodarki, bardzo wyrazistym i niezbitym, są polskie wody. Zdecydowana większość jest bardzo słaba, jest cieniem tego co było jeszcze kilkanaście lat temu. Kolejny dowód to rybostan z jakim mamy do czynienia w każdym innym kraju Europy. Jakoś nasi sąsiedzi jak i reszta Europy dają sobie radę bez ‚jedynej’ i ‚słusznej’ zrównoważonej gospodarki rybackiej.

Niestety, ryby to nie barany na łące, nie widać ich. Ludzie nie mający pojęcia o wędkarstwie, czyli tacy jak politycy,  nie są w stanie zobaczyć jak zdegradowano polskie wody. Można zobaczyć, że wycięto las, nie da się jednak zobaczyć, że zniknęły ryby z danego łowiska…

Nie dajmy sobie  wmawiać, że kormoran to sprawca wszelkiego zła. Ten jest skutkiem niewłaściwego zarządzania polskimi wodami. Trzeba walczyć z przyczyną…

 

 

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus