Feeder w natarciu!

W przyszłym roku wreszcie ruszają imprezy feederowe, jakimi są Mistrzostwa Polski. Feeder dynamicznie się rozwija w naszym kraju, i takie imprezy organizowane przez PZW są bardzo potrzebne.

Niestety, póki co ‚start’ jest dość ciężki. O dziwo imprezę zaplanowano na przełom marca i kwietnia. Czyżby był to primaaprilisowy żart? Wszystko na to wskazuje, że nie.  Prawdopodobnie chodzi o wyłonienie kadry na mistrzostwa świata. Trochę to żenujące, bo ani czas nie jest dobry, ani sposób wyłonienia najlepszych do reprezentacji Polski nie jest tutaj obiektywny. Jedne zawody nie do końca są wyznacznikiem tego, czy ktoś nadaje się do drużyny czy też nie, ale pomińmy ten fakt. Strach pomyśleć jak się to wszystko będzie odbywać, znowu będą działacze, sponsorzy, układy i układziki…

Na pewno potrzeba nam jak największej ilości imprez gruntowych. Szkoda, że wody PZW są takie przetrzebione i jakże trudne. Nie zachęca to wielkich rzesz do startów póki co.  Ale pierwsze koty za płoty. Zawody na komercjach są coraz bardziej popularne, co roku jest ich coraz więcej. Zawody Matrixa, cykl eliminacji i finał, mają już praktycznie pełną obsadę, zaledwie kilka dni po ich ogłoszeniu, a przecież mamy jeszcze rok 2016! To pokazuje jak dużym zainteresowaniem cieszą się takie imprezy.

Jak na razie okazuje się, że nie wszystkie okręgi przeprowadziły mistrzostwa u siebie. Oznacza to, że trzeba o to po prostu zawalczyć. Dlatego polecam każdemu, u kogo takiej imprezy nie ma, naciskanie na zarząd okręgu, aby taką imprezę zorganizował. Warto zachęcać naszych znajomych, aby poparli ten projekt. Wtedy taka impreza na stałe się wpisze w kalendarz corocznych rozgrywek, warto też optować o organizowanie takich zawodów w kołach do których należymy! Jak się okazuje bez nacisków mistrzostwa okręgu się nie odbędą.

Po części przyczyną tego jest słabe orientowanie się w tym co jest na czasie przez ludzi będących w zarządzie okręgu i kapitanatach. Są miasta jak Wrocław, gdzie feeder jest bardzo mocny i zorganizowany, są też takie jak Katowice, okręg z jedną z największych ilości wędkarzy, gdzie takiej imprezy nie przeprowadzono. Dlatego organizujmy się i walczmy!

Jedną z rzeczy która jest dla mnie problemem, to regulamin tych rozgrywek. Reguły jakie obowiązują na MŚ są dość ostre, zabraniają używać zestawów blokowanych, w tym Metody, przypon musi mieć minimum 50 cm. Dodatkowo nie wolno używać pelletów oraz kulek, bazuje się na przynętach i ich limitach takich jak w spławiku. Jest to chore, bo regulamin ten w pewnym stopniu ‚kastruje’ istotę samego feedera. Jeżeli mielibyśmy łowisko z większymi rybami, to takie zasady sprawiają, ze nie łowimy tak jak powinniśmy, przypomina to jedzenie zupy widelcem. Płoci i tak nie łowi się na Metodę, więc wędkarze sami by się dopasowywali do łowiska i ryb. Trudne przepisy tylko komplikują wszystko. I prościej – tym lepiej.

Dlatego powinniśmy się angażować jak najbardziej. PZW nie jest związkiem idącym z duchem czasu. Zarząd Główny, wiele osób w okręgach, zatrzymało się w latach 80 i 90tych, i jeżeli nie wskażemy im kierunku, będą kierować nas na manowce.

Jako ciekawostkę podam, że Anglicy, którzy są najlepszymi w feederze, co roku staja na pudle, nie łowią z użyciem tych reguł na Wyspach praktycznie w ogóle. Przepisy zawodów są proste, dopuszczają wszelkie zestawy gruntowe praktycznie, krótko mówiąc  – są dla ludzi. Nie przeszkadza to kadrze Anglii dopasować się do skostniałego regulaminu MŚ i zajmować czołowe lokaty. Tak więc nie trzeba bezmyślnie kopiować pewnych rzeczy, Polacy nie gęsi – swój język mają jak pisał Rej. Tutaj można powiedzieć, że mamy swój rozum, i spokojnie dopasować się można do warunków. Dlatego jeżeli będziemy promować feedera i wszelkie rozgrywki – nie upierajmy się przy regulaminie międzynarodowej organizacji. Lepiej go uprościć – więcej wędkarzy wtedy będzie brać udział w rozgrywkach. Jak pisałem – im prościej tym lepiej.

Na koniec zachęcam wszystkich do startów. Nic tak nie uczy, jak udział w zawodach, możliwość obserwowania innych, zdobywanie doświadczenia, zwłaszcza gdy ryba zazwyczaj zachowuje się inaczej, bo jest spora presja. Czasami podejrzenie bardziej doświadczonych kolegów po kiju powoduje wielki skok  i znaczne powiększenie naszych umiejętności.

Tak więc bierzmy się do roboty, bo feeder jest w natarciu!

 

 

 

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Jak manipulować ‚po rybacku’ – czyli jak kormorana postrzegają naukowcy z IRŚ

  Po raz kolejny spotykam się z manipulacją polskich naukowców z Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, jaka mnie, wędkarza, denerwuje i drażni.

Tym razem na tapecie znowu jest kormoran. Ptak, który nie kojarzy się nam wędkarzom raczej przyjemnie. Zżera masę ryb, i jest w stanie wyrządzić olbrzymie szkody w rybostanie. Jako, że ptak ten migruje, przemieszcza się – to wiadomo, że jego pojawienie się może oznaczać małą klęskę dla danej wody. Zeszłej zimy prawie tysiąc sztuk okupowało około tygodnia wody na Rybniku, gdzie ma miejsce zrzut wody ciepłej i gdzie ryb jest sporo, w tym dużo okazów. Ptaki podobno, oprócz krwawego żniwa spowodowały śmierć ryb, które zapędzone w strefę beztlenową spotkał tragiczny los. To tylko przykład spustoszeń jakich dokonać może kormoran.

Co jednak ciekawe, jego wysoka liczebność musi mieć jakiś powód. Ornitolodzy wyraźnie wskazują, że duża populacja tego gatunku to efekt niewłaściwej gospodarki rybackiej, jaką realizuje się w Polsce. Oto artykuł ze strony głównej :

 O kormoranie i polskich wodach inaczej…

Teraz w moje ręce trafił ciekawy dokument, jakim jest ‚Kormoran w północno-wschodniej Polsce – podsumowanie dziesięciu lat badań’ autorstwa czterech pracowników IRŚ, datowany bieżącym rokiem, czyli 2016.

Kormoran…

Już wstęp zaskakuje, i to mocno, bowiem dowiadujemy się o tym, jak bardzo wzrosła ilość kormorana od 1986 roku. To co muszę zacytować, to: ‚Wzrost liczebności kormorana wiąże się ze zwiększeniem presji na ichtiofaunę’.

Szok i przerażenie. Nie wiem kto to pisał, ale trzepnął gniota jak się patrzy. Bo wynika z tego, że nagle albo ptak się ‚wściekł’ i zaczął gnębić ichtiofaunę, czyli ryby,  i zaczął się namnażać. Jakiś gen, mutacja, może to efekt Czernobyla? Czy może chodzi o to, że presja na ichtiofaunę jest spowodowana przez… rybaków? I cichutko się temat zostawia? Może założenia odnośnie rybactwa, operatów rybackich, systemy zarybień są niewłaściwe?

Co się pod tym kryje? Można przeczytać resztę opracowania i wtedy ujrzymy jasno obraz całości. Lobby rybackie, którego interesy prezentują wyraźnie naukowcy z IRŚ, nie chcą pokazać nam, że kormoran rozmnaża się na skutek niewłaściwej gospodarki rybackiej. Brak drapieżnika jakim jest szczupak, sandacz i okoń w polskich wodach sprawia, że namnaża się sporo ryb, drobnicy. I ta właśnie jest pokarmem kormorana, co zresztą w opracowaniu jest mocno pokazane: ‚Dotychczasowe badania i opracowania związane z dietą kormoranów wskazywały, że ofiarami kormorana są głównie niewielkie ryby’. Po prostu – kormoran zastępuje w roli drapieżnika szczupaka. Jako, że jest sporo małej ryby, znajduje na idealne warunki, i się szybko rozmnaża. Będąc pod ochroną jest mu łatwiej. To już wskazał dr Bzoma w linkowanym wcześniej artykule z Angory.

To co chcę pokazać, to fakt, że w opracowaniu tym ani słowem nie wspomina się o tym, że być może ilość kormorana to efekt złej gospodarki rybackiej. Na Mazurach ciężko o ładne ryby, dla wędkarzy nie jest to już raj, od kilkunastu lat. Nie ma sensu jechać tam na wędkarskie wakacje czy krótsze wypady, bo o efektach można zapomnieć. Jeżeli już będziemy łowić, to właśnie drobnicę. Na forum nie ma ani jednej osoby, na kilkuset aktywnych forumowiczów, która miałaby efekty na jeziorach Warmii i Mazur. Pomimo, że to piękne miejsca, i dla kogoś kto by oglądał takie wody wydawać by się mogły spełnieniem marzeń, to są pozbawione większych ryb, jałowe. Rybacy i niefrasobliwa gospodarka doprowadziła do takiej sytuacji. Trochę to tak, jakby na pustyni zaczynało brakować piasku!

Polska ma jedne z najbardziej zdegradowanych wód w Europie. Jesteśmy pod tym względem krajem zacofanym, w ogonie państw z UE. Nasi sąsiedzi mają masę ryb w wodach, tylko w Polsce jednak prowadzi się tak dziwną gospodarkę. Naukowcy z IRŚ wskazują na jedyny słuszny kierunek – rybacki, i taki też jest wyznaczony przez polskie prawo. Tak ważne tarło naturalne i obecność dużych reproduktorów, drapieżników zostało jakby pominięte – kładzie się nacisk na zarybienia, ryb się nie chroni wystarczająco. Co gorsza, zarybia się gatunkami inwazyjnymi, które też zmieniają polskie wody.

Miałem okazję być w październiku we Francji, w Szampanii, nad rzeką Marne. Już po wizycie w sklepie wędkarskim widać było, że tam się łowi – klientów było sporo. Nad rzeką też widać wędkarzy, którzy zabierają ryby! Tak, biorą, tam nie ma złap i wypuść, no chyba, ze ryba nie ma wymiaru lub nie smakuje (jak powiedzieliśmy, że łowiliśmy brzany i klenie, to  jeden Francuz skrzywił się z niesmakiem). Tam nie naruszono stad ryb, które co roku się wycierają naturalnie. Jest ryba, nie trzeba zarybiać. Drapieżnik robi swoje, kilka kormoranów przeleciało, ale nie robią one tam spustoszenia, wędkarze nie narzekają. Wszystko działa.

W Polsce? Mamy przełowione wody, gdzie wytępiono ryby które co roku się wycierały. Teraz jest ich zbyt mało aby dać początek kolejnym silnym rocznikom, zarybienia wcale nie są odpowiedzią tutaj. Zresztą i tak najczęściej zarybia się w Polsce karpiem, który się nie rozmnaża, i jest odławiany w dużej mierze zaraz po zarybieniu. Nie chroni się u nas dużych ryb, nie ma górnych wymiarów ochronnych. Jak są, to na skutek żądań wędkarzy w danych okręgach, bynajmniej nie stoją za tym rybaccy naukowcy z IRŚ. Ci nie uważają w ogóle dużych drapieżników za coś korzystnego dla zbiorników.

Pomyśleć, że jeszcze w latach 80tych nasze wody były rybne, podobne do tych francuskich dzisiaj…

Sytuacja z kormoranem pokazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z manipulacją i lobbowaniem za rybacką ‚zrównoważoną’ gospodarką. Kormoran staje się jednym z kozłów ofiarnych, przestępcą, który sieje spustoszenie w polskich wodach. Na pewno wyrządza szkody, ale dlaczego? Szkoda, że brakuje u nas naukowców i silnego lobby wędkarskiego,  którzy mogliby jasno ukazać, kto tu źle działa i zarządza. Cała Europa przestawiła się na inny model gospodarki wodami, tylko w Polsce panuje jeden kierunek, prorybacki. Sitwa, jaką są zarządzający Polskim Związkiem Wędkarskim współpracuje z rybackimi ichtiologami z IRŚ. PZW prowadzi odłowy sieciowe na wodach związku, więc ‚sojusz’ jest chyba łatwy do zrozumienia. Aby było jeszcze lepiej, kilka lat temu oszukali wędkarzy z Mazowsza, wskazując, że wody Zalewu Zegrzyńskiego trzeba ratować, odławiając zbyt dużą ilość drobnicy. Zainstalowana ekipa rybacka oczyściła wody zalewu tak, że teraz ciężko o jakiekolwiek wyniki, wędkarze złorzeczą i miotają gromy. A ręce zacierają i naukowcy z Olsztyna, co wykazywali takie rozwiązanie (tak, zamiast ochrony drapieżnika naciskali na odłowy sieciowe), sami rybacy, jak też i ludzie z zarządu okręgu PZW, którzy zasiadają w radzie spółki rybackiej. Chyba tylko w Polsce lub krajach jak Białoruś lub Rosja można łączyć tak dwa stanowiska. Brać pieniądze za bycie prezesem okręgu związku wędkarskiego i kasę za zabieranie ryb wędkarzom poprzez działanie spółki, która działa na ich niekorzyść.

Jedno jest pewne. Musimy walczyć o swoje i żądać zmian. Kierunek jaki wyznaczają nam naukowcy z IRŚ, urzędnicy z RZGW, politycy związani z Ministerstwem Rolnictwa jest zły. Ryb brakuje, wody są zdegradowane, a z półtoramilionowej rzeszy wędkarzy, prawie wszyscy są niezadowoleni ze stanu wód. Wyraźnym tego wskaźnikiem jest liczba członków PZW – która wynosi około 600 tysięcy zaledwie. Wielu przestało płacić składki, bo nie ma to dla nich sensu.

Nie dajmy sobie też wmówić, że wszystko co złe to wina kormoranów i wędkarzy. Polskie państwo powinno zadbać o to, aby ryby były. I nie mówię tu wcale o tym, że ma zarybiać na wielką skalę. Wystarczy aby dbało o to, aby jak we Francji – stada ryb były spore, i naturalne tarło uzupełniało ubytki. Odpowiednie przepisy i kontrole powinny to zapewnić. Na pewno jednak to co zawodzi – to  kierunek polityki odnośnie wód. Polscy naukowcy to lobby rybackie, działające w interesie rybaków. Wędkarzy uznaje się za ‚zło konieczne’, serwuje jednak im przepisy stricte rybackie. Pomimo, że rybaków śródlądowych w Polsce jest już zaledwie kilkuset, i w większej części kraju ich już nie ma, wędkarze zaś są wszędzie, i jest ich półtorej miliona.

Zamiast postawić na hodowlę ryb, wędkarstwo i rybactwo, z uporem maniaka prowadzi się gospodarkę rybacką, nastawioną na zabieranie ryb, tak jak za PRLu, gdzie ryby były ważnym uzupełnieniem diety Polaków. Teraz półki sklepów uginają się od towarów, jedzenia jest masa, samych ryb jest sporo, zwłaszcza morskich, są owoce morza. O wiele lepiej więc nastawić się na turystykę wędkarską, rozwój agroturystyki, spróbować zachęcić Polaka na spędzenie urlopu w Polsce a nie w takiej Szwecji.  Jak to jest możliwe, że półtorej miliona wędkarzy nie ma gdzie skutecznie łowić? Nie mają oni swoich reprezentantów, nie zapewnia się im warunków do uprawiania swego hobby?

Właśnie – tak jak pokazałem wiele rzeczy bierze swój początek właśnie od naukowców. To oni mają tytuły, rządowe wsparcie, prowadzą badania… Ale jakby nie było, działają jako instytucja podległa resortowi rolnictwa, te zaś zajmuje się ‚produkcją żywności’. Polski ichtiolog z IRŚ to fachowiec od rybactwa, produkcji rybackiej, niekoniecznie od ochrony przyrody. To oni kreują politykę ‚wodną’, przynajmniej mają wielki na nią wpływ. Za nimi murem stoją włodarze PZW, baronowie z ZG czy okręgów, im wierzyć będą politycy…  Jednak dowodem niesłusznej gospodarki, bardzo wyrazistym i niezbitym, są polskie wody. Zdecydowana większość jest bardzo słaba, jest cieniem tego co było jeszcze kilkanaście lat temu. Kolejny dowód to rybostan z jakim mamy do czynienia w każdym innym kraju Europy. Jakoś nasi sąsiedzi jak i reszta Europy dają sobie radę bez ‚jedynej’ i ‚słusznej’ zrównoważonej gospodarki rybackiej.

Niestety, ryby to nie barany na łące, nie widać ich. Ludzie nie mający pojęcia o wędkarstwie, czyli tacy jak politycy,  nie są w stanie zobaczyć jak zdegradowano polskie wody. Można zobaczyć, że wycięto las, nie da się jednak zobaczyć, że zniknęły ryby z danego łowiska…

Nie dajmy sobie  wmawiać, że kormoran to sprawca wszelkiego zła. Ten jest skutkiem niewłaściwego zarządzania polskimi wodami. Trzeba walczyć z przyczyną…

 

 

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Ta sama rzeka – różne wyniki, czyli odcinek odcinkowi nie równy…

W ostatni weekend wybraliśmy się w pięciu chłopa na rzekę Trent, aby zmierzyć się z tamtejszymi brzanami. Wybraliśmy do tego Collingham – tamtejszy klub sprzedaje pozwolenia dzienne, ma pod sobą kilka kilometrów rzeki, od ostatniego jazu w dół…

Po przyjeździe pokazałem chłopakom pierwszy kawałek, który wszystkim przypadł do gustu. Były to stanowiska od 105 do 109, później był dom i kawałek, gdzie nikt nie łowił. Jako, że nie było wędkarzy, dopiero z 200 metrów w górę rzeki, więc uznaliśmy to za idealną miejscówkę. Było skąd wabić ryby, tak przynajmniej zakładaliśmy.

Łowiliśmy od 14tej.  Dwie godziny później Maciek, który łowił na Trencie po raz pierwszy, miał mocne branie – po dość krótkiej walce na macie wylądowała piękna brzana – 81 cm i prawie 6 kilogramów wagi. O zmroku Kamil miał branie i kleń 55 cm stał się kolejną zdobyczą (wróciła do wody oczywiście). Zarówno Maciek jak i Kamil łowili na skrajnych stanowiskach. I to były ostatnie brania tej wyprawy! Do 11 rano w niedzielę nie mieliśmy już żadnego, pomimo, że stawaliśmy na rzęsach, zmienialiśmy przynęty, techniki, systemy nęcenia… Arktyczna zima i tyle.

A teraz ciekawostka. Hubert, który mieszka niedaleko, miał dojechać do nas. Niestety, nie mógł nas znaleźć, kontakt przez neta się nie udawał, gdyż nie mieliśmy zasięgu. Tak więc pojechał on prawie 3 km dalej. I co? Cztery brzany i dwa klenie :) Jego sąsiedzi mieli też ryby, ogólnie było sporo spławów tam…

I jak to wszystko wytłumaczyć? Gdyby nie on, przyjąłbym, że warunki tego dnia były kiepskie (niski poziom wody, czystość, bardzo wysokie ciśnienie) – bo nie rozpieszczały teoretycznie i powodowały całkowite wyłączenie się ryb.. Jednak na tamtym odcinku Trentu ryba ‚szalała’ – cztery brzany to naprawdę dobry wynik!

Tak więc dostaliśmy ciekawą dość lekcję – i na pewno ja sam nauczyłem się sporo. Przede wszystkim warto pytać wędkarzy jak im idzie, i szukać takiego miejsca, gdzie się coś dzieje. Obserwacja wody może też być pomocna, spławy dużych ryb pokazują, gdzie te się znajdują. Jakby nie było – nasz odcinek był bardzo kiepski, w nocy po prostu nie mieliśmy tam czego łowić, żaden z z nas nie miał brań, a każdy łowił inaczej!

Odcinek odcinkowi nie równy…

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Wędkarskie alarmy i odpoczynek nad wodą…

Wczoraj byłem na rybach na Bury Hill w Dorking. Pogoda słaba, wyniki takie sobie, w końcu to już koniec października. Ale ogólnie byłoby przyjemnie gdyby nie… No właśnie – wędkarze z alarmami!

Wyobraźmy sobie, że razem z Kamilem, byliśmy jedynymi osobami na Milton, do jakiegoś czasu. Wydawałoby się, że będzie cicho, przyjemnie, relaksacyjnie. Jednak na zbiorniku obok, łowiło kilku wędkarzy, których określić można chyba jako karpiarzy. Karpiówki, alarmy… Odgłosy przyrody (szum drzew, dźwięki wydawane przez ptactwo wodne) były przerywane co chwila ostrymi sygnałami wędkarskiego alarmu. Bynajmniej nie były to ryby, sami łowcy ustawiali je co chwila i głośne pikanie doprowadzało do szału.

Nie wiem dlaczego, ale coraz mniej chyba jest wędkarstwa w wędkarstwie. Powoli zanika jakiś zmysł, sztuka podchodzenia ryb, prawdziwego łowienia ich, coraz więcej rzeczy zamiast człowieka zaczynają robić urządzenia, technika idzie na przód wszakże. Jednak – czy trzeba na tak małym łowisku korzystać z alarmów? Czy w ogóle trzeba ustawiać je tak głośno?

Pomińmy już sam fakt sposobu łowienia. Skoro ja słyszę przeraźliwe odgłosy wydawane przez te sygnalizatory, to czy wędkarz siedzący obok jest głuchy? Czy nie ma lampki sygnalizującej branie?  Regulacji głośności? Sam często łowię z alarmami, jest to nieodzowne przy kilku metodach, zwłaszcza związanych z zarzucaniem cięższych zestawów, łowieniem w nocy. Ale staram się szanować tych co łowią obok mnie, okolicznych mieszkańców, spacerowiczów. Ustawiam zawsze głośność tak, abym sam słyszał, zazwyczaj są to w skali od 1 do 6 ustawienia 1(cicho) i 2 (średnio-cicho). W zupełności wystarcza. A tutaj – wyobraźcie sobie kilku takich łowców, i co chwilę  wściekle jęczące dźwięki sygnalizatorów! Na bodajże pięciu, tylko jeden miał ściszony dźwięk do granicy przyzwoitości.

Dawniej, takich wędkarzy na tym łowisku praktycznie nie było. Teraz jest ich coraz więcej.  Nawet na karasie i liny coraz więcej osób wyrusza z karpiówkami i alarmami.

Tak więc wyprawa na łowisko komercyjne w weekend, wcale nie musi być odpoczynkiem. Jeżeli trafimy na tych, co albo są głusi, lub chcą dręczyć innych, bądź zadawać szyku ‚odjazdami’, możemy się nadziać bardzo nieprzyjemnie. Szkoda, że tak niewielu tych ludzi chce uszanować innych wędkarzy, zwierzęta, same ryby.  Stajemy się coraz bardziej inwazyjni… To też znak czasu?

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Czy tylko dorsz jest na krawędzi?

Ostatnio ujrzałem artykuł, który napisany został przez WWF, odnośnie populacji dorsza bałtyckiego. Sytuacja, jak się można spodziewać, jest praktycznie katastrofalna, odłowy są zbyt duże, i ryby te nie rozmnażają się na tyle mocno, aby uzupełniać straty.

http://www.wwf.pl/?20060/Dorsz-batycki-dopywa-do-krawdzi

Sytuacja mnie nie dziwi, ludzie w pogoni za zyskiem nie zważają na to, że ingerują w naturę, i mogą spowodować poważne jej zaburzenia. Ryby mogą się odnawiać poprzez tarło naturalne wtedy, kiedy jest ich pewna ilość. Jeżeli przekroczy się pewną granicę minimalną, liczebność populacji nagle ulegnie załamaniu i przez wiele lat nie powróci do normy. Może mieć to poważne następstwa, gdyż ryby, jak praktycznie wszystkie gatunki, mają swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym i są jego ważnym ogniwem. Odłowy, paszowce, chciwi rybacy i wędkarze – to wszystko odbija się negatywnie na większości gatunków ‚pożądanych’. Jak oceniają unijne organizacje – 60% gatunków morskich  jest na takiej granicy minimalnej.

Przerażające. Musimy zdać sobie sprawę, że tani tuńczyk, dorsz makrela – może wkrótce się zrobić bardzo droga lub wręcz niedostępna.

Ale to co mnie głębiej zastanawia, to fakt, że o ile o ryby w Bałtyku ktoś dba, to o ryby słodkowodne w Polsce już nie. Ekolodzy jakby zapominają o tym, że jest coś takiego jak ryba, dla jakiegoś ptaka są gotowi poświęcić wiele ich gatunków.

Zastanawiające jest to, że nie ma żadnej organizacji, grup naukowców, którzy bronili by polskich ryb. Ktoś pomyśli, że taką rolę pełni Polski Związek Wędkarski. Niestety, ludzie nim kierujący czerpią zyski z odłowów sieciowych, i wręcz wpływają na zmniejszanie się populacji takich szczupaków, sandaczy, linów czy leszczy. Dodatkowo nie potrafią dbać o wody które dzierżawią, i słowo pustynia jest bardzo często dobrym określeniem wody jaką PZW posiada. Brakuje ludzi, którzy mieli by wizję, wiedzę i doświadczenie,  patrzących nie na na prywatę, ale na rozwój wędkarstwa. To oznaczałoby tak naprawdę ochronę populacji ryb.

Ktoś inny pomyślałby, że polscy ichtiolodzy powinni bronić polskich wód. Ale podstawową instytucją kształcącą ichtiologów jest Instytut Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. Młodych ludzi kształci się bardziej jak wykorzystywać zasoby jakimi są ryby, nie jak je chronić. Trudno mówić o jakieś równowadze, ochronie gatunkowej. IRŚ wspiera rybactwo – które uczyniło z jezior mazurskich wody, gdzie nie warto wybrać się z wędką. Tam nie ma ryb! Potwierdzić to może większość wędkarzy. Jeziora, które powinny słynąć z ryb jak Sahara z piasku, są teraz uosobieniem grabieżczej gospodarki. Ale czemu się możemy dziwić, skoro instytut realizuje program ‚wyżywienia narodu’? Choć półki sklepowe uginają się od jedzenia, oni dalej ‚żywią’… Pytanie kogo? Nie będę wspominał już o zarybianiu gatunkami inwazyjnymi, jak na przykład karasiem srebrzystym. Liczy się mięso lub wiązanie biomasy… Tak więc polski ichtiolog to raczej ktoś, kto edukowany jest w kierunku jak pozyskiwać ryby,  jak je ‚chronić’ przez odławianie. Mazury są dowodem na to, że to ‚pozyskiwanie’ im się udaje bardzo dobrze, z ochroną jest już gorzej.

Ekolodzy natomiast nie wiedzą wiele o rybach. Nie widać ich, nie są tak wizualne jak kormoran czy bóbr. Dlatego poświęca się ryby dla wielu projektów, od tworzenia miejsc lęgowych dla ptaków poprzez obniżanie poziomów wody w zbiornikach, co może mieć fatalny wpływ na tarło, po ochronę takich żeremi bobrów, które usytuowane na wielu miejscach jakiś rzek, sprawiają, że zniszczeniu ulegają stanowiska tarłowe ryb, zakłócona jest ich wędrówka. Tak więc ryby zostały odsunięte na dalszy plan, nikt nie przykuwa się do drzew aby chronić takiego pstrąga, nie robi blokad dróg gdy betonuje się kolejne odcinki rzek aby wyrwać unijną kasę…

Politycy, czy to rządowi czy tez opozycyjni – również nie dostrzegają problemu. Skoro nie można zyskać poparcia, wypromować się, zdobyć poklask – nie działają w tej sferze w ogóle. Co gorsza – wielu sprzeda duszę diabłu aby uruchamiać inwestycje, wspomniane betonowanie rzek to świetny tego przykład. Innym może być budowanie elektrowni wodnych, zakłócających życie rzecznych gatunków. Co tam środowisko, jakieś ryby. Kasę z UE trzeba brać bo przepadnie!

Tak więc póki co, ryby stoją na przegranej pozycji, przynajmniej te śródlądowe. Nikt o nie nie dba, traktowane są jak towar, widzi się je często poprzez pryzmat mięsa. Jako Polacy możemy się pochwalić najgorszymi wodami w Europie, najbardziej zdewastowanymi, przełowionymi. Pomimo, że nie uchodzimy za kraj biedny a ludziom żyje się z roku na rok coraz lepiej. Gatunek taki jak karaś pospolity, carassius carassius, powoli ginie. Jedna z najbardziej pospolitych i rodzimych ryb przegrywa walkę ze swoim kuzynem – karasiem srebrzystym, z polityką zarybieniową, ustaloną przez polskich naukowców. Młodzi wędkarze już nawet nie potrafią rozpoznać tej ryby. Na naszych oczach zanika jeden z podstawowych polskich gatunków!

I jak tu wyjść z tej trudnej sytuacji? Według mnie musimy działać, chociażby a małym stopniu. Wspierać  ‚prorybne’ projekty, jak chociażby tworzenie łowisk ‚no kill’, budowanie i ochronę stanowisk tarłowych, walczyć  o prawdziwe zarządzanie w PZW, bez jakichkolwiek odłowów gospodarczych. Możemy też wypuszczać złowione ryby, niekoniecznie wszystkie. Ale możemy się zastanowić, czy na pewno kolejny leszcz, lin lub szczupak jest nam potrzebny, lub naszym sąsiadom, których zawsze hojnie obdarzaliśmy wędkarską zdobyczą. Róbmy coś, cokolwiek!

Musimy zobaczyć, w jak trudnej sytuacji są nasze polskie gatunki, jak bardzo są przełowione, wręcz eksterminowane. Zróbmy coś, bo za parę lat pozostanie nam łowienie na komercjach i ciągłe wzdychanie na widok raportów wędkarzy mieszkających w innych krajach, łowiących ryby, które w Polsce niby są, ale tak naprawdę ich nie ma.

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus