Czy tylko dorsz jest na krawędzi?

Ostatnio ujrzałem artykuł, który napisany został przez WWF, odnośnie populacji dorsza bałtyckiego. Sytuacja, jak się można spodziewać, jest praktycznie katastrofalna, odłowy są zbyt duże, i ryby te nie rozmnażają się na tyle mocno, aby uzupełniać straty.

http://www.wwf.pl/?20060/Dorsz-batycki-dopywa-do-krawdzi

Sytuacja mnie nie dziwi, ludzie w pogoni za zyskiem nie zważają na to, że ingerują w naturę, i mogą spowodować poważne jej zaburzenia. Ryby mogą się odnawiać poprzez tarło naturalne wtedy, kiedy jest ich pewna ilość. Jeżeli przekroczy się pewną granicę minimalną, liczebność populacji nagle ulegnie załamaniu i przez wiele lat nie powróci do normy. Może mieć to poważne następstwa, gdyż ryby, jak praktycznie wszystkie gatunki, mają swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym i są jego ważnym ogniwem. Odłowy, paszowce, chciwi rybacy i wędkarze – to wszystko odbija się negatywnie na większości gatunków ‚pożądanych’. Jak oceniają unijne organizacje – 60% gatunków morskich  jest na takiej granicy minimalnej.

Przerażające. Musimy zdać sobie sprawę, że tani tuńczyk, dorsz makrela – może wkrótce się zrobić bardzo droga lub wręcz niedostępna.

Ale to co mnie głębiej zastanawia, to fakt, że o ile o ryby w Bałtyku ktoś dba, to o ryby słodkowodne w Polsce już nie. Ekolodzy jakby zapominają o tym, że jest coś takiego jak ryba, dla jakiegoś ptaka są gotowi poświęcić wiele ich gatunków.

Zastanawiające jest to, że nie ma żadnej organizacji, grup naukowców, którzy bronili by polskich ryb. Ktoś pomyśli, że taką rolę pełni Polski Związek Wędkarski. Niestety, ludzie nim kierujący czerpią zyski z odłowów sieciowych, i wręcz wpływają na zmniejszanie się populacji takich szczupaków, sandaczy, linów czy leszczy. Dodatkowo nie potrafią dbać o wody które dzierżawią, i słowo pustynia jest bardzo często dobrym określeniem wody jaką PZW posiada. Brakuje ludzi, którzy mieli by wizję, wiedzę i doświadczenie,  patrzących nie na na prywatę, ale na rozwój wędkarstwa. To oznaczałoby tak naprawdę ochronę populacji ryb.

Ktoś inny pomyślałby, że polscy ichtiolodzy powinni bronić polskich wód. Ale podstawową instytucją kształcącą ichtiologów jest Instytut Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. Młodych ludzi kształci się bardziej jak wykorzystywać zasoby jakimi są ryby, nie jak je chronić. Trudno mówić o jakieś równowadze, ochronie gatunkowej. IRŚ wspiera rybactwo – które uczyniło z jezior mazurskich wody, gdzie nie warto wybrać się z wędką. Tam nie ma ryb! Potwierdzić to może większość wędkarzy. Jeziora, które powinny słynąć z ryb jak Sahara z piasku, są teraz uosobieniem grabieżczej gospodarki. Ale czemu się możemy dziwić, skoro instytut realizuje program ‚wyżywienia narodu’? Choć półki sklepowe uginają się od jedzenia, oni dalej ‚żywią’… Pytanie kogo? Nie będę wspominał już o zarybianiu gatunkami inwazyjnymi, jak na przykład karasiem srebrzystym. Liczy się mięso lub wiązanie biomasy… Tak więc polski ichtiolog to raczej ktoś, kto edukowany jest w kierunku jak pozyskiwać ryby,  jak je ‚chronić’ przez odławianie. Mazury są dowodem na to, że to ‚pozyskiwanie’ im się udaje bardzo dobrze, z ochroną jest już gorzej.

Ekolodzy natomiast nie wiedzą wiele o rybach. Nie widać ich, nie są tak wizualne jak kormoran czy bóbr. Dlatego poświęca się ryby dla wielu projektów, od tworzenia miejsc lęgowych dla ptaków poprzez obniżanie poziomów wody w zbiornikach, co może mieć fatalny wpływ na tarło, po ochronę takich żeremi bobrów, które usytuowane na wielu miejscach jakiś rzek, sprawiają, że zniszczeniu ulegają stanowiska tarłowe ryb, zakłócona jest ich wędrówka. Tak więc ryby zostały odsunięte na dalszy plan, nikt nie przykuwa się do drzew aby chronić takiego pstrąga, nie robi blokad dróg gdy betonuje się kolejne odcinki rzek aby wyrwać unijną kasę…

Politycy, czy to rządowi czy tez opozycyjni – również nie dostrzegają problemu. Skoro nie można zyskać poparcia, wypromować się, zdobyć poklask – nie działają w tej sferze w ogóle. Co gorsza – wielu sprzeda duszę diabłu aby uruchamiać inwestycje, wspomniane betonowanie rzek to świetny tego przykład. Innym może być budowanie elektrowni wodnych, zakłócających życie rzecznych gatunków. Co tam środowisko, jakieś ryby. Kasę z UE trzeba brać bo przepadnie!

Tak więc póki co, ryby stoją na przegranej pozycji, przynajmniej te śródlądowe. Nikt o nie nie dba, traktowane są jak towar, widzi się je często poprzez pryzmat mięsa. Jako Polacy możemy się pochwalić najgorszymi wodami w Europie, najbardziej zdewastowanymi, przełowionymi. Pomimo, że nie uchodzimy za kraj biedny a ludziom żyje się z roku na rok coraz lepiej. Gatunek taki jak karaś pospolity, carassius carassius, powoli ginie. Jedna z najbardziej pospolitych i rodzimych ryb przegrywa walkę ze swoim kuzynem – karasiem srebrzystym, z polityką zarybieniową, ustaloną przez polskich naukowców. Młodzi wędkarze już nawet nie potrafią rozpoznać tej ryby. Na naszych oczach zanika jeden z podstawowych polskich gatunków!

I jak tu wyjść z tej trudnej sytuacji? Według mnie musimy działać, chociażby a małym stopniu. Wspierać  ‚prorybne’ projekty, jak chociażby tworzenie łowisk ‚no kill’, budowanie i ochronę stanowisk tarłowych, walczyć  o prawdziwe zarządzanie w PZW, bez jakichkolwiek odłowów gospodarczych. Możemy też wypuszczać złowione ryby, niekoniecznie wszystkie. Ale możemy się zastanowić, czy na pewno kolejny leszcz, lin lub szczupak jest nam potrzebny, lub naszym sąsiadom, których zawsze hojnie obdarzaliśmy wędkarską zdobyczą. Róbmy coś, cokolwiek!

Musimy zobaczyć, w jak trudnej sytuacji są nasze polskie gatunki, jak bardzo są przełowione, wręcz eksterminowane. Zróbmy coś, bo za parę lat pozostanie nam łowienie na komercjach i ciągłe wzdychanie na widok raportów wędkarzy mieszkających w innych krajach, łowiących ryby, które w Polsce niby są, ale tak naprawdę ich nie ma.

facebooktwittergoogle_plusfacebooktwittergoogle_plus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *