Agencja Ochrony Wód - pomysł na polskie realia

Zajścia z Gdańska (http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,17586974.html), gdzie z opróżnionego zbiornika nie odłowiono wszelkich ryb, i te dusiły się lub były wyłapywane przez żądną mięsa okoliczną ludność sprawiły, że w mojej głowie narodził się pewien projekt lub propozycja.

 

PZW nie jest w stanie zapewnić ochrony rybom, nie jest to w ich gestii zresztą, o czym świadczy przykład Gdańska, Wilczej Woli i wielu innych zbiorników. Wielu klęskom można było zapobiec. Ale zawsze znajduje się jakieś ‘ale’ lub ‘ponieważ’. A ryb, pomimo, że jest ich mało, to jeszcze ubywa…

 

Problem, jaki trapi polsie wody to brak rządowej organizacji, która sprawowałaby kontrolę nad wodami. Chodzi o to, aby byli to fachowcy, którzy dbają o wodne ekosystemy (nie tylko ryby), monitorują rybostan, walczą z gatunkami inwazyjnymi, kontrolują wody. Brakuje takich osób, i bynajmniej nie jest to Państwowa Straż Rybacka. Bo ci panowie są raczej od zwalczania kłusownictwa i od pilnowania, aby przestrzegano prawa nad wodą.

 

Rybami w Polsce się nikt nie przejmuje. Ekolodzy jakoś nie przykuwają się łańcuchami do tam i nie protestują przeciwko spuszczaniu wody, co niszczy środowisko wodne i powoduje śmierć tysięcy ryb. Bo nie jest to modne? Nie reaguje państwo, nie reaguje PZW. Dlaczego? Bo jest zbyt wiele organizacji, o różnych kompetencjach, często wzajemnie nakładających się na siebie. I w efekcie nic się nie robi. A przecież wiadomo, że nie ma pieniędzy na pewne rzeczy… No, bo jak można wzywać na przyduchę i problem śnięcia ryb Straz Miejską lub Straż Pożarną??? Jedni są od pilnowania porządku, a drudzu od gaszenia pożarów. Musi być ktoś, kto wie co robic w takich sytuacjach, i co najważniejsze – dysponuje specjalistycznym sprzętem. Jak to jest, że nigdy praktycznie nie znajduje się przyczyny zatrucia wody, jeżeli takowe następuje?

 

Tak, więc powinno stworzyć się w Polsce coś na kształt brytyjskiej Agencji Środowiska, która zajęłaby się problematyką ochrony wód. W polskich realiach można by mówić o Agencji Ochrony Wód. Mogłaby to być komórka MInisterstwa Środowiska.

Skąd teraz wzięłyby się pieniądze na stworzenie takiej organizacji? A więc mówię… Część musiałaby być opłacana przez państwo, które i tak pobiera opłaty wynikające z dzierżawy wód. Wody sa degradowane – i trzeba zdać sobie z tego sprawę. Rabunek odbywa się na dużą skalę przez rybaków, dzierżawców, oraz niestety samych wędkarzy niemających umiaru w zabieraniu ryb. Tak więc samo państwo ma w tym interes aby ten ‘proces’ zatrzymać. Część funduszy natomiast pochodziłaby z rocznych, miesięcznych, tygodniowych lub dziennych licencji wędkarskich. Opłata za łowienie byłaby uiszczana przez każdego wędkarza, nie ważne czy łowi na wodzie PZW czy komercyjnej.

W ten sposób uzyskano by środki na działalność strażników i ichtiologów.

 

Oczywiście część osób może się oburzyć, że łowiąc prywatnie musi uiszczać taką opłatę. Ale Agencja chroniłaby także wody komercyjne. Jakby nie było – pieniądze szłyby na zagospodarowanie wody. Tak się dzieje w UK, gdzie, aby łowić, obojętnie, na jakiej wodzie, trzeba mieć licencję. I nikt jakoś nie protestuje, a ryby są…

Agencja oprócz ochrony zajmowałaby się także zarybianiem (lub bardziej – dorybianiem), kontrolą odłowu (kontrole dzierżawionych wód), mogłaby stać na straży rybostanu, często powierzanego żądnym zysku prywatnym właścicielom, którzy wodę niszczą, rezygnując z odnowienia dzierżawy, lub czasami nie opłacając kolejnej raty. Oprócz tego, Agencja zajęłaby się edukacją – niekoniecznie wędkarską, bardziej nakierowaną na ochronę środowiska, czyli roślin i zwierząt. To nie ma być organizacja wędkarska! Oni mają chronić wody… W obecnej sytuacji polityka PZW sprawia, że Agencja miałaby pierwszego przeciwnika jakim jest właśnie Zarząd Główny PZW i jego rybacka polityka, wody polskie niszcząca.

 

Myślę, że jeżeli koszt licencji rocznej kształtowałby się na poziomie około 50 PLN rocznie, nie byłoby wielkich problemów. Obecny system nie działa – to widać ‘gołym’ okiem. Jeziora Warmii i Mazur zamienione zostały w pustynie, większość wód dzierżawionych przez PZW tez rybostanem nie powala. Tarło naturalne jest coraz rzadsze, zarybienia coraz większe – do tego gatunkami obcymi, niszczącymi często siedliska ryb rodzimych. Wędkarze często myślą, że problemem są zbyt małe zarybienia – nie zdając sobie sprawy z tego, że ma dominować tarło naturalne, o które trudno w przełowionych wodach… Wiele anomalii – takich jak karłowacenie ryb, nadmierna ekspansja kormorana czarnego – jest spowodowana odłowieniem drapieżnika z wód. Jeżeli nie będzie się więc chronić pewnych gatunków, a zwłaszcza dużych osobników, to problemy będą się pogłębiać. Jak na razie polityka PZW to tylko częściowa walka ze skutkami. A tu trzeba usuwać przyczyny problemu!

 

Jak długo można udawać, że jest dobrze, lub liczyć na to, że będzie lepiej? Posunięcia ZG PZW pokazują wyraźnie, że zamierzają oni odławiać sieciami jeszcze więcej (Zalew Zegrzyński, przygotowywanie gruntu pod rybactwo na innych zaporówkach), lub zarybiać swoimi rybami za pieniądze wędkarzy. Państwo zaś nie robi nic – ryby giną, a winnych nie ma. Co najgorsze – nawet nie ma kto ich ratować. Dlatego Agencja Ochrony Wody byłaby dobrym rozwiązaniem, pojawiłby się wreszcie ktoś, kto czuwa. O opróznieniu zbiornika informowałoby się właśnie ich, a oni by już się tym odpowiednio zajęli… Oni decydowaliby, czym i w jakich ilościach zarybiać, tak aby nie wyrządzać szkód. Bo ładowanie setek kilogramów karpia handlowego do wody do mądrych rzeczy nie należy, podczas gdy rodzime ryby na tym cierpią.

 

Agencja Ochrony Wód to według mnie konieczność. Bo jest źle, a wcale nie ma widoków na jakąkolwiek poprawę… 

 

 

Jeżeli chcesz skomentować ten artykuł, możesz to zrobić na forum:  http://splawikigrunt.pl/forum/index.php?topic=1072.new#new