Dziadki

 Lato zaczęło się na dobre. Niestety czasu na wędkowanie było jeszcze mniej, bo moje dzieci nie chodziły do przedszkola. Strasznie mnie ciągnęło nad wodę, a tu albo piaskownica, albo huśtawka, lody, basen... Gdy przejeżdżałem obok jakiegoś jeziora ogarniał mnie żal, że nie mogę tam posiedzieć i nacieszyć się tym, co tak uwielbiam.


Wtedy stał się cud - znajomy zaproponował mi możliwość wywiezienia naszych kobiet z dziećmi w góry na całe lato!
Jeszcze nigdy się tak nie cieszyłem z faktu, że na tak długi czas zostanę sam w domu! Oczywiście my mężczyźni będziemy dzielnie tutaj pracować, a w co drugi weekend skoczymy odwiedzić nasze żonki i pociechy, by pod koniec wakacji zostać tam z nimi na tydzień.



Gdy już zostałem całkiem sam, natychmiast wsiadłem w auto i pojechałem popatrzeć na niedaleką gliniankę, gdzie miałem zezwolenie na połów, łowisko należało do wielkiej huty, sekcja wędkarska liczyła około 80 członków z czego większość to emeryci.
Woda ciekawa, bo nierówna - nagle przy kopaniu gliny dokopano się do jakiegoś podziemnego źródła i w jedną noc zalało wszystko - nierówne dno, wózki na glinę, tory. Było to trzydzieści lat wcześniej, więc woda była stara. Miejsca do połowu bardzo urozmaicone, zatoczki a nawet dwie niewielkie wyspy połączone z lądem metalowymi mostkami. Zarybiana co roku karpiem, czasem też amurem, węgorzem, szczupakiem. Brzegi otoczone pasem trzcin i pałki, w wodzie trochę moczarki której jeszcze nie zjadły do końca amury...


Upatrzyłem sobie miejsce na mniejszej z wysp. Od brzegu ostry spad do głębokości cztery metry, potem półka o szerokości dwóch metrów - i gwałtowne zejście na 7 metrów. Znałem już wcześniej to miejsce, łowiłem na półce całkiem fajne płocie a i kilka mniejszych karpi też się trafiło. Utrapieniem były krąpiki wielkości dłoni, latem nie było szans złowić coś innego na białe robaki czy pinki, zaraz się meldowała żyletka. Z ziarnem kukurydzy miały już problemy - ale kończyło się na tym że po paru minutach pykania spławikiem haczyk był pusty. Nie bez powodu wybrałem tak głębokie miejsce - mimo pełni lata woda była bardzo przezroczysta a dodatkowo na gliniance gnieździły się cwane łyski które doskonale zbierały zanętę z dna do trzech metrów.Miejsce to było też niewygodne dla miejscowych emerytów bo nie dało się za bardzo fotelika postawić na stromiźnie porośniętej gęstą trawą a po deszczu było tam niebezpiecznie ślisko.


 W piwnicy stał już od ubiegłej jesieni wielki wór grochu którego nie miałem kiedy używać, teraz wreszcie jest okazja. Zaczęło się wielkie gotowanie . W pracy załatwiłem sobie drugą zmianę by móc wczesne ranki spędzać nad wodą. Zacząłem od dwóch szklanek gotowanego grochu, po kilku dniach zwiększyłem ilość do litra, potem do trzech litrów. Po tygodniu pierwszy raz przyjechałem z wędką. Cisza, mgła nad granatową wodą, kląskanie trzciniaka, wszystko, wszystko pokryte kropelkami rosy. Dopiero gdy rozłożyłem sprzęt i zarzuciłem wędkę z ziarnem grochu na haczyku spostrzegłem że na przeciwległym brzegu siedzi w milczeniu dwóch dziadków. Ubranka moro, myśliwskie  na głowach nadawały im stąd wyglądu utopców, skrzatów wodnych. Ale skrzaty raczej nie palą papierochów , przynajmniej bajki milczą na ten temat - a nad nimi unosił się charakterystyczny obłoczek dymu. Nie rozmawiali z sobą, ale oboje z wielką uwagą przyglądali się moim poczynaniom. Myślę szybko - błagam cię wodo gliniana, nie spraw by mi szybko coś wzięło bo ani Dydy - miejsce spalone, będą mnie podsiadać . A tu jak na złość spławik zadrżal dwa razy i zniknął pod wodą - zaciąłem energicznie i po krótkiej walce podebrałem średnią płoć. Druga wzięła z opadu, trzecia też. Założyłem dwa grochy i leżały już bez brania na dnie. Oczy dziadków zrobiły się większe a że głos po wodzie niesie dobrze usłyszałem syk jednego:

 

- Widzialeś Emil ? Takie piękne płocie wypuszcza, wariat jakiś.

 

Zaklinam cię wodo - odgoń stąd dziś ryby by te dziadki się nie interesowały. No i brań nie było. Słońce wyszło zza drzew po wschodniej stronie i rozświetliło wodę , gładką jeszcze jak szyba. Wtedy zobaczyłem szereg bąbelków zbliżających się do spławika, powoli, metodycznie jakaś ryba wybierała ziarna grochu z dna. Całe szczęście jeden dziadek podszedł do drugiego i coś tam mamrotali sobie nie patrząc w moją stronę i nie widzieli zacięcia gdy spławiczek powoli zanurzył się w wodzie. Ale za to po chwili stanęli na palcach z pootwieranymi ustami bo tak pięknie grał hamulec mojego geteema, uwielbiam tą melodię ale w tej chwili byłem wściekły że gra. Karp parł na środek, po oporze wiedziałem że nie jest olbrzymem, był zbyt zrywny. Wyjąlem go po kilku minutach holu, dobra pięćdziesiątka. Dziadki na drugim brzegu biły brawo i już wiedziałem że mam przechlapane. Zwinąłem się, karpia wsadziłem do wora i wypuściłem cichcem w miejscu skąd nie mogli tego zobaczyć. Wracając myślalem co będzie dalej...


Następnego dnia była taka mgła że nie widzialem idąc czy ktoś siedzi na mojej miejscówce i zdziwiłem się gdy tam nikogo nie zastałem. Za to gdy mgła poszła w górę - zobaczyłem tych dwóch na swoich miejscach, wyglądali tak jakby tam tkwili od zawsze. Może łowią więcej niż ja? Ostatecznie coś tam do wody wrzucają 
Jeden nie wytrzymał, odszedł pogwizdując od swoich wędek, leniwym krokiem obszedł zatokę glinianki i cicho stanął za moimi plecami, pewnie myślał że tego nie widzę. Postał, postał, kaszlnął, chrząknął . Odwróciłem się.

 

- Dzień dobry  panu.

- A dobry dobry, tylko ryby jak zwykle nie biorą he he. Ale kolega farciarz to pewnie coś i dziś chyci he he.

- Ano jak się da to chyce, czemu nie. 
- A to kolega na kukurudze chyta ? 
- Ano na kukurydzę panie szanowny!
- A spływak gdzie pański jest ? Nie widzę go jakoś.
- A tam, taki mały czarny czubeczek ma.
- Uu uu to ja bych wcale nie widział jego,  jak komara dupa!
- Ja tam jeszcze oczy mam dobre i widzę...
- A ten karp wczorańszy to wiela mioł ? Ze cztery kilo na pewno - do galarety poszedł?
- Miał pięć i pół ( wcale go nie ważyłem) - na filety poszedł, zamrożony.
- No to ja ide do siebie wędek pilnować a pan niech chyta he he!
- Do widzenia panu, połamania kijów!
- Na kolanie chyba he he...


Nie zdażył jeszcze dojść do siebie gdy mój kołowrotek grał piękną melodię , gdy doszedł to już mu ten drugi pokazywal łapą na mnie. Szeptali coś cicho a ja skupiałem się na holu i nie słyszałem co mówili...

No i stało się - przychodzę następnego dnia  rano na swoje miejsce a tam ten Emil siedzi z dwiema gruntówkami.


- A dzień dobry panie, ja myślał że dziś pan nie przyjdzie. Ale chamem nie będę, odsunę się bo wim że miejsce kukurudzą nęcone. Odsunął się raptem pięć metrów w bok. Myślę - kurczę, jak ja tym grochem dziś zanęcę? Dobrze że w torbie nieotwarta puszka kukurydzy leży od jesieni, na kłamcę nie wyjdę. Założyłem na hak dwa ziarna i przez godzinę tylko parę skubnięć drobnicy. Cichcem wyjąłem ziarno grochu, obróciłem się by tamten nie widział co zakładam, rzuciłem szybko i z opadu wziął mi kolejny karp, tym razem mały, ledwo ponad wymiar. Dziadkiem szarpnęło.


-Ta panie, wszystkie karpie nam tu wyłowisz!
- Ten maluch, niech rośnie - lekko spuściłem karpia do wody. 
- Dobry, miare mioł, brać trzeba było - minę miał przy tym dziwną. Ja bym miał taka minę gdybym obserwował poczynania pedofila...

 

Następnego dnia wychodząc z mieszkania na ryby natknąłem  się na sąsiada , pomocnego chłopa bo wyższego ode mnie o głowę i silniejszego - niejedne meble mi wtargał do mieszkania. 


-Na ryby ? 
- Jasne! 
- A nie złowiłbyś mi czegoś na patelnię ? Co za ryby ci biorą teraz ?
- Jeśli chcesz karpika takiego jak na Wigilię mogę ci złowić. 
- Super ! Połamania wędki!


W tym dniu nie podpadłem. Emil siedział znowu pięć metrów obok mnie tak jak wczoraj. W dwie godziny złowiłem dwa karpiki, takie na sąsiada patelnię akurat. Gdy podbierałem tego drugiego dziadek złożył dłonie w trąbkę i ryknął na cały staw - Maryyyjan , ta chodże tu, kolega już limita wyjął, tu karp na braniu jest, połowimy obok siebie.
Wtedy podpadłem kolejny raz bo skrytykowalem ten ryk mówiąc

- Po czymś takim to wszystkie karpie popłynęły tam gdzie ten Maryjan siedzi...

Wieczorem natknąłem się w szafce na paczkę soi. Namoczyłem szklankę, nigdy wcześniej na nią nie łowiłem, postanowiłem spróbować czegoś nowego. Wkurzały mnie te dziadki coraz bardziej, myślalem co tu począć. Może poszukać innej miejscówki, chyba nie będą się znowu przesiadać . A jeśli będą? Poza tym - szkoda tego nęcenia, karp siedzi w tamtym miejscu i pewnie gdyby było ciszej , gdybym był tam sam to i większe by podeszły, może też i inne ryby, widzialem tam kiedyś trące się liny i budziły respekt swoimi rozmiarami...


Rano przesypalem ugotowaną soję do słoika z kukurydzą konserwową, barwę ma podobną więc się dziadek nie zorientuje co zakładam. Okazało się że soja to jest strzał w dziesiątkę! Niestety próżne były moje nadzieje bo gdy holowalem kolejnego karpia dziadek wstał, bezczelnie podszedł i wziął do ręki ten słoik.


- A co to za atraktantów szanowny kolega używa ? Bo karp za karpiem a ja choć tyż na kukurudze chytam jakoś brań nie mam.


Powąchał i rozczarował się bo niczym nie pachniała - ale w tym momencie zauważył ziarenka soi.

- A to co takiego ?
- Fasolka chińska ciun mang.
- Ooo, to mnieś pan w ptaka zrobiłeś , ja byłem pewny że kukurudza na haku a tu proszę - jakiś wynalazek!
- A gdzie ją kupić można ?
- kuzyn z Raichu mi w paczce czasem wyśle, u nas kupić się nie da.
- A pan dałby na hak ?
- Proszę bardzo!


Gdy wyjął zestaw i podszedł z nim do mnie zdębiałem. Sprężyna oklejona ciastem jak plastelina , przyponik z żyłki może czterdziestki , węgorzowy hak a na nim nabite chyba z sześć ziaren kukurydzy. Już go chciałem spytać ile ryb mu się udało wyjąć za pomocą tego czegoś ale dałem spokój , nadziabałem mu na ten hak ze cztery ziarnka soi...

Następnego ranka Marian już też z nami łowił. Jedno dobre że był mrukiem i odzywał się mało, za to kopcił jakimiś śmierdzącymi papierochami spod wąsa prawie bez przerwy. Scenariusz powtórzył się. Oni ani brania - ja dwa karpięta i jeden odjazd na wyjącym hamulcu zakończony spięciem ryby. Oczywiście złowione karpie wypuściłem a Emil patrząc na to prawie płakał. Nagle na drugim brzegu pokazał się trzeci nieznany mi dziadek . Emil krzyknął - ta Stefan, choć że tu do nas!


Myślałem że pęknę ze złości, jeszcze mi tu trzeciego potrzeba. Stefan przyszedł, przywitał się i pierwsze co zrobił to podszedł do mnie, wyciągnął zza pazuchy legitymację kontrolera.

- Proszę okazać dokumenty do kontroli kolego.

Tamci milczeli. Pokazałem kartę. Proszę okazać wypychacz, miarkę i rozwieracz. Pokazalem miarkę i wypychacz ale rozwieracza nie miałem bo po co mi on przy łowieniu ryb spokojnego żeru? 


- Drogi kolego wędkarzu - punkt siódmy paragrafu czternastego regulaminu naszej sekcji mówi wyraźnie - trzeba mieć rozwieracz . A co by kolega zrobił gdyby w kukurydzę szczupak uderzył ?

- Piszemy wniosek do sądu koleżeńskiego.


Zwątpiłem, poczułem się jak dzieciak któremu ojciec klapsa w goły tyłek dał...

Całą noc myślalem nad zemstą, spać nie mogłem. Gówno jakieś rozwlec czy padlinę by śmierdziało iwypłoszyło ich! Sznur od prania tak przerzucić w wodzie  by ciągle swoje zestawy zrywali . W końcu zasnąłem niezdecydowany.


Gdy zaparkowałem auto na małym parkingu nad glinianką już stamtąd widzialem że siedzą. W trójkę - stołeczek obok stołeczka i sześć wędek w wodzie , widać stąd dobrze bo ruskie żółte teleskopy. Obok parkingu była niewielka łąka. Jakiś miejscowy kozy na niej pasał, ciekawskie zwierzęta czesto podbiegały przywitać się ze mną gdy wysiadałem z auta. Tak też było tym razem. Jednej z kóz spodobała się moja torba na siatki i usiłowała żuć jej pas -  do niej i pośliznąłem  się na czymś. Leżąc na trawie patrzę - chyba jakiś pellet  się tu komuś wysypał . Ale numer - toż to kozie bobki ! W tym momencie przyszedł mi do głowy szatański plan...


Gdy doszedłem na swoje miejsce przywitałem się z uśmiechem z dziadkami, najrozmowniejszy Emil od razu zaczął gadkę że mistrzunio przyszedł i zaraz tu wszystkim klasę pokarze. Ten co mnie kontrolował wczoraj nie odzywał się, wiedział że na pewno rozwieracz mam już w torbie. Rozłożyłem sprzęt, rzuciłem garść grochu , usiadłem i wyjąłem z torby tajemniczy słoik. Pełno w nim było zielonoczarnych kulek z zewnątrz pokrytych warstwą żółtej sypkiej wanilii.


- Ooo ! Krzyknął Emil - jakaś nowa sekretna przynęta ? 
- A takich kulek ziołowych na próbę narobiłem, zobaczy się czy dobre tu będą.
- Można zobaczyć to cudo kolego ?
- Proszę bardzo, śmiało!
- Ta zobacz Marian jakie fajniusie, a jak wanilią czuć , popatrz Stefan czego to już ludzie nie wymyślą!
- Panie Emilu, proszę spróbować, one bardzo dobrze smakują , jak cukierki, częstujcie się panowie...


Po chwili trzech dziadków żuło kozie bobki o smaku waniliowym a Emil skwitował - faktycznie, mocno ziołowe!

 



P.S. To historia prawdziwa. Pozmieniałem jedynie imiona. Mam nadzieję że żaden z dziadków nie jest na naszym forum....