PZW a stowarzyszenie, czyli aby było lepiej!

Jest to pomysł który chodzi ,za mną’ już od jakiegoś czasu – i według mnie stanowi konieczność, gwarant przyspieszenia zmian w polskim wędkarstwie. Zmian, które niestety same z siebie nie nastapią. Jak się okazuje ustąpienie starego prezesa nic nie zmieniło, i nie zanosi się na jakąkolwiek poprawę. Pacyfikacja buntu kół z Warmii i Mazur, domagających się ‘swego’  jest tego jak najlepszym potwierdzeniem.

 

Ryb w polskich wodach jest coraz mniej. Mimo coraz czystszej wody i ostrzejszych norm, w jakiś dziwny sposób rybostan staje się coraz skromniejszy. Metrowy szczupak to rzadkość niczym żubr, a zejście z wody ‘o kiju’ to norma. Zarybia się gatunkami inwazyjnymi i obcymi, aby zamknąć wędkarzom ‘usta’ – degradując coraz bardziej polskie wody. Mazury cud natury to slogan absolutnie niemający odzwierciedlenia w rzeczywistości, przynajmniej tej wędkarskiej – i najlepiej byłoby zastapić go hasłem – Mazury wybryk natury. Kto by pomyślał, że pomimo tej dbałości o środowisko, zwierzęta i rośliny, co jest znakiem przecież naszych czasów – taki problem będzie miał miejsce w odniesieniu do ryb!?

 

Zanim przejdę do meritum swojej koncepcji – muszę przybliżyć nieskuteczny system, w jaki sprawuje się opiekę nad polskimi wodami i ich rybostanem. Przede wszystkim polski rząd nie kontroluje bezpośrednio wód, nie posiadając jakiejkolwiek komórki, która mogłaby skutecznie takie zadanie wykonywać w aspekcie ochrony środowiska wodnego, która dbałaby o jego naturalną faunę, florę i byłaby powiazana zarówno ze Strażą Rybacką jak też Ministerstwem Ochrony Środowiska czy też Rolnictwa. Nie sprzedaje się u nas w Polsce licencji wędkarskich zasilających działanie takiej organizacji, na wzór innych krajów Europy, tylko ‘oddaje’ wody w dzierżawę. Problem, jaki z tego wynika to brak ochrony takich wód, przeszkoda w ich najlepszym zagospodarowaniu. Wszystko ma robić ‘dzierżawca’, którego się prawie nie kontroluje – jak chociażby rybaków, którzy na wielu wodach robią po prostu co chcą. Zarybia się gatunkami na jakie nie pozwoliłby żaden rozsądny ichtiolog w innym kraju, a jak dochodzi do katastrof – to nie robi się nic, czego przykładem najlepszym była zagłada całego rybostanu zbiornika Wilcza Wola ponad rok temu.

 

"...woda nie jest produktem handlowym takim jak każdy inny, ale raczej dziedziczonym 
dobrem, które musi być chronione, bronione i traktowane jako takie..."

Jest to fragment z preambuły Ramowej Dyrektywy Wodnej Unii Europejskiej. Chyba jeszcze nie obowiązuje to w Polsce…

 

 

System, w jaki dzierżawione są wody nmie daje gminom żadnego zysku, i nie pozwala im na skuteczne inwestowanie w wody, w rozbudowę bazy turystycznej. Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej, Ministerstwo Rolnictwa i Ministerstwo Środowiska dzielą się w różnym stopniu kompetencjami – jednak spychając część obowiązków na największego dzierżawcę  - organizację zrzeszającą wędkarzy, jaką jest PZW, dając im swojego rodzaju monopol.

 

W takich realiach odnajduje się świetnie  Polski Związek Wędkarski, który jest nim tylko z nazwy i nie działa w interesie wędkarza.. Absolutnie nie wypełnia on swoich celów statutowych, i przyglądając się mu z bliska dochodzi się do wniosku, że Zarząd Główny, który kieruje tą organizacją, to swojego rodzaju ‘państwo w państwie’. Szary wedkarz musi do PZW należeć – w innym wypadku nie będzie mógł korzystac z wiekszości wód w swoim rejonie. NIe ma on żadnej możliwości wyboru, zazwyczaj jest to ustawianie go ‘pod ścianą’. Oczywiście można łowić na zbiornikach komercyjnych, lub kupować dzienne pozwolenia - ale jest to raczej trudne i wielce kosztowne.

 

Statut PZW jest tak skonstruowany, że władza należy do grupy osób, która może robić praktycznie co chce. Przez ponad dwadzieścia lat prezesem PZW był Eugeniusz Grabowski, którego nieudolność – rażącą, widzimy do dziś nad polskimi wodami. A zwłaszcza to, co w nich pływa. Tyle lat można siedzieć na stanowisku w PZW, pomimo coraz gorszej sytuacji! Nie do pomyślenia wydawałoby się… Wszelkie zmiany na najwyższych stanowiskach, lub w najważniejszych sprawach, mogą się odbywać poprzez głosowania delegatów Zarządów Okręgowych, ale to zazwyczaj osoby z ‘układu’. Ktoś mógłby pomysleć, że wędkarz ma prawo głosu na walnych zebraniach swojego koła – jednak taki głos dotyczyć może tylko pewnych spraw lokalnych, absolutnie nie czegoś więcej. Dopiero władze okręgu wędkarskiego, a obowiązuje tu stary podział województw, mogą o czymś decydować. Szanse jednak na jakiś większe zmiany saą nikłe – bo stanowisko w ZO pełnia przychylni ‘górze’ działacze PZW.  Jeżeli pojawi się natomiast ktoś chcący zmian i nawołujący do nich w jakimś okręgu – to szybko zostaje ‘usunięty’ ze swojego stanowiska. Przykładem jest Arkadiusz Siemieniuk, któremu ZG przedstawił fikcyjne zarzuty i pozbawił funkcji prezesa okręgu olsztyńskiego.

 

Tak więc ‘układu’ ruszyć się praktycznie nie da. Na dodatek największa gazeta poświęcona tematyce wędkarskiej to  Wiadomości Wędkarskie – magazyn wydawany przez PZW. Czyli jest to tuba propagandowa, pozwalająca Zarządowi Głównemu na kierowanie nastrojami członków związku - kupującym to pismo. Kto ma media… wiadomo – ten sprawuje władzę!

 

Więc jak możemy się przed tym bronić? Jak działać, aby mieć wpływ na to, co się dzieje z polskimi wodami?

 

 

A więc swojego rodzaju rozwiazaniem jest założenie organizacji lub stowarzyszenia, które działałoby w całej Polsce i zrzeszało wszelkie osoby związane mniej lub bardziej z wędkarstwem. Organizacja taka musi mieć program, cele, założenia, strukturę i swoich przedstawicieli.  Musi posiadać swój portal internetowy, jak również stronę na Facebooku, logo, łatwo wpadającą w ucho nazwę.

Oczywiście sam program byłby ułożony odpowiednio. Nie ma być to stowarzyszenie mające zastąpić PZW – tylko działające ogólnie mówiąc - na rzecz rozwoju wędkarstwa. Nie chcę tu niczego wymyślać…

Oczywiście taki ‘klub’ mógłby się stać przeciwwagą dla PZW. Wreszcie ktoś mógłby oficjalnie zajmować się pewnymi rzeczami, podejmować 'trudne' tematy, działać naprawdę ‘rozwojowo’. Protestować, proponować, wspierać… Co jednak najistotniejsze – mógłby wpływać na wybór przyjaznych dla polskiego wędkarstwa osób w PZW! Poprzez stopniowe obsadzanie swoimi ludżmi stanowisk we władzach klubów wędkarskich, mógłbyby wybierać  odpowiednich kandydatów do władz okręgowych. A ci już – do samego Zarządu Głównego.

 

Myślę, że już na pierwszym etapie powstania stowarzyszenia – Zarząd Główny zacząłby się ‘układać’ – i powoli zmieniać swoją ‘betonową’ politykę. Bo nie trzeba wcale niszczyć lub rozwalać PZW (wręcz nie należy)– ważne aby uzdrowić te organizację i odciąć ją całkowicie od prowadzenia ‘biznesów’, rybactwa, zarybiania – tak aby był to z krwi i kości związek wędkarski, a nie kombinat z ciepłymi posadkami, na których siedzą członkowie określonej grupy, wzajemnie dbający o to aby było im dobrze.

 

Oczywiście ktoś mógłby powiedziec, że to polskie prawo jest złe – i dlatego się ‘nie da’. Ale jest to zwykły frazes… Politycy, jeżeli zobaczą naprawdę, czego chce milionowa rzesza wędkarzy – zrobią wiele lub wszystko aby  pomóc, i prawo ulegnie zmianie. Jak na razie nie ma sygnału, że jest źle! PZW prezentuje nas, wędkarzy przecież! Oni mówią, że jest dobrze!  Dlatego właśnie zrzeszanie się jest tak istotne. Z pojedynczymi osobami nikt nie chce rozmawiać. Z tysiącem – już tak!

Dobrym przykładem niech będzie tutaj działalnośc polskich partii politycznych. PO lub PiS sprawują lub sprawowały władzę – ale czy to oznaczało, że 30% wyborców to byli członkowie partii? Absolutnie nie! Podobnie byłoby z takim stowarzyszeniem. Już tysiąc, kilk tysięcy członków mogłoby zdziałać wiele -  i prezentować interesy setek tysięcy wędkarzy. Mogliby uzyskać poparcie lub aprobatę dziesiątek lub setek tysięcy ludzi mniej związanych z wędkarstwem. A z ich opinią liczyć się będzie praktycznie każdy…

 

Począwszy od firm wedkarskich, poprzez właścicieli biznesów i samych polityków – można uzyskać świetne wsparcie – tak, aby stowarzyszenie było całkowicie organizacją non-profit i działało skutecznie. Niech przykładem będzie ochrona karasia pospolitego lub złotego. Jakoś nikt się do tego nie garnie – a japoniec, czyli karas srebrny wypiera swego pobratymca.  Są okręgi, gdzie nawet karasiem srebrnym się zarybia! Tutaj stowarzyszenie mogłoby działać wielotorowo, począwszy od  akcji ‘uświadamiających’ a na zarybieniach kończąc. Nic nie działa tak dobrze jak przykład… Inną sprawą jest przeciwstawianie się ekologicznym absurdom – które mogą pogarszać warunki bytowania ryb – jak się stało na przykład w Turawie. Ornitolodzy niech bronią ptaki, my wędkarze musimy bronić ryb!

 

 Pomysł na stowarzyszenie jest na razie tylko pomysłem. Myślę, że wystarczyłaby grupa kilkunastu, kilkudziesieciu osób, aby skutecznie taką organizacje rozwinąć i tchnąć w nią ‘ducha’?  Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy uważacie, że ma to sens i dlaczego tak? wink Czy przyłączylibyście się do działania takiego ‘klubu’? Bo samo się przecież nie zrobi, nie ma co liczyć na kogoś – tutaj trzeba samemu wziąźć sprawy w swoje ręce! 

 

 

 

Komentarze i uwagi można zawrzeć na forum - w specjalnie utworzonym wątku. Zapraszam do dyskusji!

http://splawikigrunt.pl/forum/index.php?topic=169.msg1380#msg1380