Straż Rybacka - jako prywatna agencja - czyli pomysł na przestrzeganie RAPR

Będąc na zlocie WMH zdarzyło się porozmawiać  z Jackiem Okonhelem w niedzielę rano (jak ten nie miał partnera do łódki i moczył przynęty z brzegu - ;) ) i temat zszedł na PSR i przestrzeganie przepisów nad wodami.
Niczym kobietom - podczas rozmowy wysnuł lub wykluł :) się pewien pomysł - aby sprawdzaniem kart wędkarskich, pozwoleń i kontrolą w zakresie przestrzegania RAPRu zajęły się... prywatne agencje.

Wyobraźmy sobie, że kilka osób zakłada takową i uzyskuje od państwa licencję zezwalającą na kontrolę. Strażnik musi zdać egzamin z przepisów, ochrony i innych potrzebnych rzeczy - i rusza nad wodę. Za nieprzestrzeganie przepisów wlepiałby mandat niczym policjant kierowcom, w cięższych przypadkach sprawy byłyby kierowane do sądu, w każdym zaś przypadku do PZW (te udzielałoby upomnień lub kar, nawet usuwało z szeregów za łamanie RAPRu).


Agencja za każdy mandat ZAPŁACONY otrzymywałaby 50% (może więcej) na swoje konto - zaś sam strażnik pewnie oprócz wypłaty dostawałby premię za złapanego delikwenta. Od pomysłowości agencji i jej pracowników zależałyby wypłaty i premie - jeżeli byliby obrotni to mogliby samemu robić 'polowania' na kłusowników, nocne, dzienne, podwodne i podziemne...  ;D  Na pewno 'agencja' miałaby ciśnienie na uzyskanie zarobku - i mega motywację do pracy której niestety może brakować pracownikom państwowym. Po prostu czyste piękno wolnego rynku! 
Oczywiście strażnik miałby uprawnienia podobne do straznika miejskiego - i atakowanie go podlegałoby surowym karom. Jednak jako nie zatrudniony przez państwo musiałby przestrzegać samemu pewnych reguł (z kulturą włącznie).

Państwo nie musiałoby utrzymywać dużej Straży Rybackiej - i podatnik nie ponosiłby dużych kosztów z tym związanych. PZW nie musiałoby przeznaczać pieniędzy ze składek na ochronę - i te mogłyby ulec zmniejszeniu - lub mogłyby być lepiej wykorzystane. Nad wodą zaś zapanowałby ład i porządek. Skończyłoby się notoryczne łamanie przepisów - oprócz kłusownictwa sami wędkarze zaczęli by się zachowywać porządnie. Zniknęłyby śmieci, ryb przybywałoby z roku na rok... Natomiast kasa państwa wzbogacałaby się dzięki mandatom - i uzyskane w ten sposób pieniądze mogłyby być wykorzystywane do 'zagospodarowywania wód' chociażby... Powstałoby wiele miejsc pracy i firmy zajmujące się taką działalnością - kupowałyby sprzęt, samochody, paliwo itd. - co dodatnio wpływałoby na gospodarkę. 

Po jakimś czasie - gdy już ludzie zaczęliby przestrzegać przepisów i byłoby 'normalnie' - agencje straciłyby część zarobku - i kontrole byłyby rzadsze i mniej frustrujące (częste kontrole wcale nie cieszyłyby łowiących). Ryby jednak by zostały i powinno się łowić o niebo lepiej...

Co sądzicie o tym pomyśle? Czy ma on rację bytu w Polsce i jak prawnie by to wyglądało?

Ja ze swojej strony dodam, że w Londynie mandatami za parkowanie zajmują się strażnicy (parking attendants) zatrudnieni przez council (gminę). Jest ich dużo i mandat można dostać bardzo szybko. Councile zarabiają na tym krocie i ludzie często narzekają - jednak faktem jest, że w zatłoczonym mieście jakim jest Londyn - można przynajmniej zaparkować - i ludzie nie zostawiają starych gruchotów byle gdzie, co byłoby nie lada problemem. Jest porządek, policja zajmuje się właściwymi rzeczami, a kilkadziesiąt osób na Council ma pracę (jak nie więcej). To po prostu działa!

 

Komentarze i uwagi można zawrzeć tutaj:

http://splawikigrunt.pl/forum/index.php?topic=3.0