Walia - raj dla owiec

Walia - tajemniczy i dziwny kraj który wchodzi w skład Zjednoczonego Królestwa i który było mi dane odwiedzić kolejny raz na spontanicznej wyprawie...
Jak większość rzeczy oceniam je mocno przez pryzmat wędkarstwa i tak było też i  tym razem...


                                                                                                                  Flaga walijska

Przede wszystkim pierwszą rzeczą która rzuca się w oczy to liczba owiec. Godłem Walii jest czerwony smok ale zdecydowanie lepiej pasowała by owca... Są wszędzie. Łażą po łąkach, wzgórzach, górach, nawet tych wyższych w Snowdonii.  Na pewno jest to najnudniejszy żywot zwierzęcia jaki dane było mi zaobserwować. Nie robią nic innego jak wcinają trawę... 





Brakuje pól – są praktycznie same łąki i pastwiska, w północnej Walii co chwilę poprzedzielane ‘ogrodzeniami’ z usypanych kamieni. Ich ilość (kamieni) każe się domyślać, że zaoranie tych łąk jest niemożliwością. Kamień na kamieniu!





Język w jakim pisane są nazwy i jakim mówią starzy Walijczycy to walijski, gdzieniegdzie zmieszany z angielskim (nazywany wtedy Wenglish). Jest to język z kosmosu i dziwne, że nie mówią nim plemiona w puszczy Amazońskiej lub mieszkańcy Afryki. Czasami nie da się nawet powtórzyć jakieś nazwy – niech  to będzie np. Aberystwyth albo Criccieth lub coś mniejszego - Llanymstudvy. Nawet nie próbujcie tego wymówić... Trudno zapytać o drogę – bo wymowa nie ma nic wspólnego z wymową angielską i niemiecki ‘szwargot’ który mnie czasami denerwuje jest tutaj trelem słowika. Bez nawigacji samochodowej trudno sobie tam dać radę...

Same miasteczka i wioski nie są ‘piękne’. Daje znać o sobie w miarę surowy klimat, mała ilość źródeł utrzymania i obecność gór. Domy często są bardzo małe, skromne. Mało młodych ludzi i dzieci – rzuca się w oczy przewaga starszego i najstarszego pokolenia. Też bym dał dyla... 


Machynlleth - jedno z najładniejszych miasteczek jakie odwiedziliśmy...

Walijczycy zmieniali nazwiska aby Anglicy mogli je wymawiać (dobrowolnie raczej tego nie robili) – i najbardziej popularnymi są chyba teraz Jones i Davies, chyba co drugi Walijczyk ma tak na nazwisko... Przyznam szczerze, że się Anglikom nie dziwię.

Morze w Walii jest inne i ... dziwne. Na plaży kamienie i żwir– nie ma mowy o kąpieli. Na horyzoncie nie widać ani jednego statku lub łodzi rybackiej. Samo morze niesie zawiesinę i jest 'brudne'. Chyba dieta złożona z baraniny w zupełności Walijczykowi starcza... Na dodatek na plaży są ostrzeżenia przed rybką która zagrzebuje się w żwiropiasku i ma kolce jadowe w płetwie grzbietowej. Jak nie urok to ...


Ujście jednej z rzek do morza... Woda rzeczna czysta, lekko słona...


Ostrzeżenie przed ostroszem wipera. Nadepnięcie na zagrzebaną w piasku rybę to duży ból - dlatego trzeba chodzić w butach lub klapkach

Klimat jaki panuje w Walii nie jest przyjemny. Z ilości mchów jakie porastają wszystko co się nie porusza i z kształtów drzew wynika, że pada tam często i wieje jakby się ktoś ‘obwiesił’. Z racji ponurego jak dla mnie klimatu liczba samobójstw musi być wysoka... Trafiliśmy na słoneczne dwa dni i ludzie nie omieszkali nam zwracać uwagę jakie mieliśmy szczęście. 


Stacja kolejowa w Tonfanau. Pociąg zatrzymuje się poprzez wyciągnięcie ręki i zamachanie jak na taksówkę...


A z tego skorodowanego od soli morskiej telefonu można dowiedziec się o której będzie pociąg i dokąd. Fajny klimat...

O Walii przeczytałem w przewodniku iż jest to kraj zamków i przypada tu ich najwięcej w UK na kilometr kwadratowy. Powiem szczerze. Mimo przejechanych 1000 kilometrów po Walii nie widziałem ani jednego, za wyjątkiem tego w Aberystwyth (pisanie tej nazwy sprawia, że przechodzą mnie ciarki). Jadąc przez Francję lub Zachodnie Niemcy co chwila widać jakiś zameczek lub ruiny. W Walii widać tylko wzgórza i owce.


Ruiny XIV wiecznego zamku w Aberystwyth


Przejechaliśmy przez pasmo wyższych szczytów w Snowdonii (takie walijskie Tatry) i można było podziwiać piękne widoki i cudowne krajobrazy. Zamknięte wyrobiska, oczywiście wszędobylskie owce. 






Jedno z czynnych jeszcze wyrobisk jakiegoś kamienia...



Z wędkarskiego punktu widzenia nie ma wiele wód w Walii na których można łowić. Są rzeki i górskie jeziora z pewnością mające sporą ilość ryb łososiowatych. Malutko wód , nizinnych’ – można nawet pokusić się o określenie iż jest ich jak na lekarstwo... Są zbiorniki komercyjne, ale w porównaniu do Anglii jest ich niewiele. Niestety – w górzystym kraju trudno o naturalne zbiorniki... Jest tylko kilka kanałów i jeżeli ktoś chciałby się tam osiedlić to ostrzegam!


Jedno z górskich jezior - woda typowo pstrągowa


Na jeziorze tym była łódź z weed cutter'em - czyli urządzeniem do usuwania wodorostów

Z ciekawostek  i rzeczy niezwykłych które mnie spotkały – w miejscowości Machynlleth natknąłem się na antykwariat z książkami... o tematyce wędkarskiej i myśliwskiej! Nigdy w życiu nie widziałem tylu pozycji. Okazało się, że jest to jedno z kilku takich miejsc w UK. Ilość pozycji przekraczała kilka tysięcy – z czego samych wędkarskich rzeczy było wg mnie grubo ponad 1000! Co prawda większość dotyczyła łowienia muchowego ale było też tam sporo pozycji z innych dziedzin wędkarstwa. Są pozycje sprzed grubo ponad stu lat i niektóre książki kosztują kilkaset funtów. Najdroższa jaką widziałem kosztowała bagatela – 720 funtów! Szok... Dla mnie to miejsce było niczym sanktuarium. Świątynia! Zakupiłem trzy świetne książki poświęcone tyczce i łowieniu wyczynowemu i gdyby nie moja druga połówka umierająca z nudów to chyba wyniósł bym stamtąd pół sklepu... Nie ma to jak przypadek... :) Dostałem katalog i będę z tym sklepem w kontakcie, bo mam jeszcze kilkadziesiąt pozycji do zakupienia...


Przed wystawą sklepową wędkarskiej świątyni. Przypadek czy przeznaczenie poprowadziło mnie tamtędy? ;) 


Na koniec wypadu zjechaliśmy Walię z góry na dół odwiedzając Swansea (drugie miasto co do wielkości w Walii) i ich piaskową plażę. Piasek mnie zdziwił – w UK jest on rzadkością – ale jak się okazało został tam ‘dostarczony’... Na horyzoncie widziałem jeden statek – czyli jednak Walijczycy coś tam pływają... 


Plaża w Swansea

Ze Swansea pojechaliśmy do miasta w którym znajduje się muzeum – kopalnia węgla kamiennego. Południowa Walia straciła praktycznie wszystkie kopalnie podczas reform Żelaznej Damy – czyli Margaret Thatcher. Miasto Blaenafon –  bo tam byliśmy - to naprawdę coś co warto zobaczyć. Te domy, zamknięte puby czy sklepy, księżycowe krajobrazy... Taki walijski odpowiednik naszego Zabrza tylko w mniejszej skali i z wyższymi hałdami. 


Ten sklep musiał robić wielkie obroty... ;)  Jeden z wielu zamkniętych obiektów w Blaenafon 

 Po tej wizycie zatęskniliśmy bardzo za powrotem do tej ‘zatęchłej’ dziury jaką jest Londyn  - ja już więcej złego słowa o Lądku nie powiem...
Tak więc wypad udał się bardzo – widziałem dużo ciekawych rzeczy... Kilka świetnych książek zasiliło moje przepełnione już i tak półki. Jeżeli ktoś wędkuje – to pomyślałbym dwa razy czy jest sens tam jechać... Walia nie rozpieszcza ilością łowisk (chyba że ‘muchowych’). Gdyby za to polować na owce... Eldorado!  ;)