Czy wody PZW są takie dzikie, a komercje takie wstrętne?

  • Utworzono

Artykuł o polskich wodach PZW, które wielu uważa za dzikie i naturalne.

Na forum Spławik i Grunt wielokrotnie wybuchały kłótnie związane z tym, czy łowiska komercyjne są 'normalne' czy nie, przy czym ich przeciwnicy wyraźnie chcą wskazać, że łowienie tam chluby nie przynosi. Za to wody PZW dla nich są 'wyzwaniem', są 'dzikie' i wypracowana ryba 'cieszy o wiele bardziej'. Ale czy tak jest naprawdę? Czy komercje są wstrętne a wody PZW dzikie?

Problem dzisiejszych czasów polega na tym, że wędkarze w Polsce w dużej mierze stracili poczucie tego, czym jest normalna woda. Czyli taka, której nie zdewastował człowiek swoimi działaniami, z rybami, których powinno tam być pełno. Weźmy takiego leszcza, to jedna z najpopularniejszych ryb Europy. Ze względu na swój garbaty kształt i stadny tryb życia (stada mogą mieć kilkaset sztuk jak nie więcej), ryba ta jest rzadkim pokarmem drapieżników po osiągnięciu pewnego wymiaru. W Polskich warunkach jedynie sum może być tu zagrożeniem, ewentualnie duży szczupak. Ten pierwszy jednak ma problem, gdyż stado jest dość czujne, zaś duży szczupak to w polskich wodach rzadkość niczym żubr w naszych lasach. Gdyby nie człowiek, tej ryby powinno być po prostu zatrzęsienie. I nie potrzeba by do ich łowienia bawić się w wyspecjalizowane techniki, robienie chmur za pomocą glin, nie trzeba by specjalnych przynęt i 'smrodków', dipów. Większość przynęt gwarantowałaby świetne wyniki i tutaj ktoś, kto potrafi zatrzymać takie stado, mógłby po prostu 'kosić'. Na rzece Tamizie, Justin Beale w przeciągu ponad 4 godzin złowił 45 leszczy o łącznej wadze około 160 kilogramów, z największa sztuką licząca ponad pięć kilogramów. Było to pięć lat temu. Po prostu trafił na stado i łowił umiejętnie, wcześniej mocno nęcąc. Wszystko za dnia. Czy to oznacza, że połów był obrzydliwie łatwy i Tamiza jest komercją? Bynajmniej, to rzeka mająca swoje problemy, jednak taka ilość leszcza to coś, co nie powinno być szokiem w polskich wodach, gdyby...nie zostały zdewastowane przez nieudolną gospodarkę wodami, jak i pazerność i chciwość łowiących, także kłusowników. Dlatego ci, co uważają wody PZW za dzikie i normalne tak naprawdę zapominają, że mamy najbardziej zdewastowane wody w Europie. Gdyby jeszcze można to zwalić na zatrucia wody lub inne kataklizmy. Jednak to my sami odpowiadamy za takie spustoszenia. Nazywanie wody PZW dziką jest więc po prostu śmieszne. I nie chodzi mi o walory przyrodnicze, ale o zawartość w niej ryb.

 

Justin Beale na Tamizie w 2017 roku złowił 45 leszczy o łącznej wadze około 160 kilogramów w przeciągu 4 godzin. Wynik budzi podziw, ale taka ilość leszcza w UK bynajmniej. Czy można uznać Tamizę za komercję? Nie, to normalna rzeka z normalną ilością ryb.

Musimy zrozumieć, że model gospodarki rybackiej, jaki każdy praktycznie użytkownik wód państwowych jest zmuszony prowadzić, jest tutaj największym problemem. To właśnie on odpowiada za bezrybie w polskich wodach, nie PZW samo w sobie czy też rybacy. Bo wody rybaków są tak samo spustoszone, jak nie bardziej. Na wodach zaś wędkarskich zazwyczaj nie ma rybaków, a ryb też brakuje. Mamy więc wspólny mianownik - złe prawodawstwo. Mazury, to miejsce gdzie nie ma sensu jechać z wędkami, gdyż jest to po prostu strata czasu, nerwów i pieniędzy. Byłem dwa razy i nie mogłem uwierzyć jak wielka ilość drobnicy tam pływa. Łowiąc kilka godzin batem, na głębokości około dwóch metrów, przynęta ani razu nie mogła osiągnąć dna, była przechwytywana przez małe leszczyki czy płotki bardzo szybko. Wystarczyło sypnąć garść piachu, a woda zaczynała się wręcz gotować. I to na łowisku specjalnym PZW - Wiartel! Na jednym z kanałów było dokładnie tak samo, ilość drobnicy po prostu olbrzymia. Oznacza to jedno - brak drapieżnika, jakim jest szczupak i poważne konsekwencje. W przypadku Mazur tworzy się w ten sposób idealne warunki do rozwoju kormorana, który po prostu zastępuje szczupaka. To normalne w takim przypadku. Natura reguluje się sama. Gdy jeziora zamarzną, wielkie stada tych ptaków ruszają w Polskę i biada tym wodom, na których siądzie takie stado. Zwłaszcza jeśli to jest rzeka i zimowisko ryb. 

 Czy to jest normalne, że mamy tak spacyfikowane wody? Na pewno nie. I w sumie winni jesteśmy my sami, gdyż nie wpływamy na to, aby coś się w Polsce zmieniło. PZW już dawno powinno działać w celu zamiany gospodarki rybackiej na wędkarską, ale tego nie robi. Działacze z Zarządu Głównego - ponieważ mają interes w tym, aby prowadzić odłowy gospodarcze pod egidą Gospodarstwa Rybackiego Suwałki (wody PZW). Wędkarze zaś potrafią głównie żądać, zamiast działać. Jeśli się nie chodzi głosować, to potem rządzą ci, którzy patrzą tylko na to, aby koryto było pełne. Oczywiście wędkarz też w tym ma interes. Wielu chce brać jak najwięcej, a jak Polska długa i szeroka uważa się, że wędkarstwo ma być tanie. Bo przecież składka 300 złotych za ponad sto wód okręgu to dużo! A tu jest pies pogrzebany… 

 Prowadzimy 'papierową' gospodarkę wodami, udając, że ryby tam są. Tak przynajmniej robią urzędnicy dawnego RZGW, a obecnie Polskich Wód, którzy najnormalniej w świecie chcą mieć porządek w papierach. Wg nich 'ryba jest', co ma się nijak do stanu faktycznego. 

 Bardzo ciekawą rzeczą tu jest ilość ichtiologów zatrudnianych przez okręgi PZW. W większości jest to fizycznie jedna osoba, która ma pod sobą często ponad sto zbiorników, w tym rzeki, i to całkiem duże, liczące wiele kilometrów. Czy ktoś pomyślał, że to niemożliwe, aby to działało? Czy wyobrażacie sobie klinikę kardiochirurgii, która ma dyrekcję (biuro i zarząd okręgu), różnego rodzaju personel, czyli działaczy, ale jednego lekarza (czyli ichtiologa)? Okazuje się, że w przypadku PZW można tak działać. Można mieć dziesiątki działaczy, ciągnących kasę na wszelkie sposoby, ale jednego ichtiologa. Więc gospodarzenie wodami to zwykła ściema, dlatego prowadzimy 'papierową' gospodarkę, gdzie ryba jest w wykazach, tylko tam. Gdyby tych ichtiologów było pięciu na przykład, szybko ułożyliby program naprawczy dla wód, zaczęli odpowiednio działać, dopasowywać możliwości łowisk poprzez limity czy też wymiary i okresy ochronne. Ale tego nie ma, bo jedna osoba siedzi w 'papierach i zarybieniach'.

 Kolejna rzecz to zarybienia same w sobie. Tutaj należy zrozumieć istotę zrównoważonej gospodarki rybackiej, jaką prowadzimy od ponad 35 lat. Tak, mamy model gospodarki dopasowany do PRL-u, więc niech nie dziwi jego nieskuteczność. Wtedy, gdy wprowadzano w życie ustawę o rybactwie śródlądowym, czyli w roku 1985, celem było uzupełnienie braków w żywności. Obowiązywały wtedy kartki na zakup towarów i każdemu przysługiwała ich określona ilość. Masło, mięso, słodycze czy alkohol chociażby podlegały reglamentacji. Więc niech nie dziwi, że zrobiono z polskich wód stawy hodowlane, w których hodowano rodzime gatunki i odławiano na potęgę. Normalnie powinno się dbać o stada tarłowe, czyli o odpowiednią ilość ryb starszych danego gatunku, które co roku się wycierały i dawały silne, kolejne pokolenie. Tutaj naruszano ich liczebność, za to wprowadzając masowe zarybienia. Tak Drodzy Państwo, w normalnej gospodarce wodami, nazwijmy ją wędkarską, zarybienia mają tylko charakter uzupełniający. W Polsce stały się podstawą, mamy system odłowów i zarybień, naprzemiennych. Niech więc nie dziwi, że niewyedukowani przez PZW wędkarze, uważają, że za brak ryb odpowiada...brak zarybień. Pikanterii dodaje fakt, że same zarybienia ustala się na podstawie rejestrów połowowych, na okres 10 lat trwania operatu rybackiego. Wędkarze jednak nagminnie oszukują, przez co mają efekt w postaci niedoszacowanych zarybień. Kolejny strzał w stopę i bazowanie na danych, które mają mało wspólnego z rzeczywistością. Ale na papierze wygląda to dobrze.

 A czy zarybienia są ogólnie korzystne? W takiej ilości raczej nie. Dany gatunek w zbiorniku jest przystosowany do warunków tam panujących, ma odpowiednie geny, dzięki którym może przetrwać. Wprowadzając rok w rok zarybienia, mieszamy ten materiał genetyczny, co jest niekorzystne, bo osłabiamy rodzimą populację. Często narybek ginie i tak naprawdę wyrzucamy pieniądze w błoto.  Do tego zarybienia to najlepsza okazja do wszelkiego rodzaju oszustw. Bo jak rozpoznać, czy wprowadzono 400 kilo kroczka karpia a nie 200, gdy przyjeżdża beczkowóz i zrzuca ryby do wody? Ryba się rozpływa i nikogo nie można złapać za rękę. Mało kto też kwestionuje, że z danego akwenu (jak na jeziorze Orzysz) pobierano na potrzeby tarła kilkaset kilo szczupaka. Ta ryba się tam nie wytarła, w zamian wpuszcza się narybek. Dla tej wody to bardzo zły bilans. Do tego okręgi zobowiązane są zarybiać. Jeśli ich ośrodek zarybieniowy coś zawali, to często się to właśnie maskuje, aby w papierach się zgadzało. Ot kolejny element papierowej gospodarki rybackiej. Kto sprawdza zarybienia? Kilka lat temu na Jeziorze Otmuchowskim w okręgu opolskim wędkarze przeliczyli ilość sandacza, jaką dano im do rozprowadzenia po tym akwenie. Okazało się, że brakuje ryb za 15-20 tysięcy złotych. Oczywiście była to 'pomyłka'. Czyżby? A może to norma? 

 Dlatego naszych rodzimych wód za dzikie uznać nie można, ponieważ są zdegradowane w bardzo dużym stopniu. Jest to świadectwo wędkarskiej zachłanności, niewiedzy i braku działania. Wędkarz żąda, aby była ryba; do tego uważa, że płaci dużo. Ale jak pisałem, z jednym ichtiologiem w okręgu i sitwą u władzy oraz wędkarzami, którzy nie rozumieją, że w stowarzyszeniu trzeba działać, taki mamy właśnie efekt.

 Jak więc można być dumnym z tego, że się łowi na 'dzikiej' wodzie, jaką jest PZW, uznając za anomalię rybną komercję? Według mnie właśnie łowisko komercyjne jest zbliżone do normalnego. Zapewniam, że takiego lina czy leszcza powinno być pełno. A nie ma… A karp? Przecież to nie jest nasza rodzima ryba tak naprawdę. Czy więc powinno jej być dużo? Przyjrzyjmy się tu kolejnej patologii występującej jak Polska długa i szeroka. Na jesieni dokonuje się zarybień kroczkiem karpia, a dwa dni później następują już odłowy masowe. Tak, nie maj czy czerwiec gromadzi największą ilość wędkarzy nad zbiornikami, ale zarybieniowy karp, pomimo że pogoda może być już bardzo zła. I co się dzieje? Zamiast dać rybie podrosnąć, wybiera się ją zaraz po wpuszczeniu. To niczym zżeranie ziarna na zasiew, i to po zasianiu! Czy można to nazwać krótkowzrocznością? Wg mnie to zbyt delikatne słowo, to chciwość i głupota. Dlaczego więc nikt temu nie próbuje zaradzić? Są koła, które z tym walczą, ale są one nieliczne. Jest ogólne przyzwolenie, aby tak postępować. Więc jak można uważać komercje za ohydnie bogate w rybę? Bo właściciel nie jest idiotą i daje rybom dorosnąć, aby cieszyła wędkarzy? Oczywiście należy uznać za fakt, że w typowej wodzie związkowej dużo trudniej o rybę, poziom trudności jest tu znacznie wyższy. Ale nie jest to powód, aby negować komercje, a wychwalać dzikość wód PZW...

 Drodzy Państwo, nasze wody są zdegradowane i trzeba je naprawiać. Dlatego musimy zrozumieć, że drogą jest tu odpowiednie działanie. Dlatego trzeba przerwać ten 'zaklęty krąg' i zacząć coś robić. Wtedy będzie więcej ryb w wodach i komercje nie będą wcale takie paskudne, jak niektórzy sądzą. Zresztą dlaczego cieszą się one taką popularnością? Wielu uważa, że to z lenistwa wędkarzy, którym się nie chce. Według mnie to błędne myślenie. Po prostu wędkarze chcą łowić ryby, a nie podziwiać okoliczności przyrody, liczyć baranki na niebie czy się opalać. Lub przerzucać drobnicę, często skarłowaciałą. Im bardziej zdewastowane wody, tym popularniejsze są komercje właśnie! Łowiska no kill PZW jak Dzierżno Duże czy Śródlesie 2 pokazują, że zadbana woda związkowa może dawać efekty niczym na komercji. Czy takie zbiorniki też należy negować?

 W tym roku będą się odbywać wybory w PZW. Jeśli w nich nie weźmiemy udziału i nie odstawimy sitwy od władzy, przez kolejne lata będziemy się zżymać nad stanem polskich wód i nic wielkiego się wydarzać nie będzie. Pamiętajmy, że przyczyną bezrybia jest fatalna ustawa o rybactwie śródlądowym, dopasowana do PRL-u. Dlatego twierdzenie, że PZW musi upaść, jest po prostu brakiem zrozumienia, jak działać. Jeśli upadnie związek, to sitwa nie zniknie, ale przejmie większość wód i uwłaszczy się na majątku związkowym. Zaś ustawa dalej będzie obowiązywać, a patologia wśród wędkarzy trwać w najlepsze. My zaś jako wędkarze będziemy podzieleni i niezdolni do działań. Lobby rybackie, którym jest między innymi grupa działaczy związkowych, dalej będzie dzielić i rządzić. Dlatego najprościej jest przejąć władzę w związku,  uczynić go wędkarskim. Obecnie jest tylko takowym z nazwy. Wtedy też będziemy mieli silne lobby wędkarskie, zdolne przenosić góry. Jesteśmy największą grupą hobbystyczną w Polsce i po prostu politycy czy rząd musi się z nami liczyć, jeśli występować będziemy pod wspólną banderą kilkuset tysięcznej organizacji. Dlatego mamy okazję jakiej jeszcze nie było, aby to zmienić. Zamiast deliberować, czy łowienie na komercjach jest godne wędkarza, przywróćmy wodom ich świetność, tak aby ryb było tyle, co na łowiskach prywatnych. Zapewniam, że nie jest to wcale trudne. Trzeba tylko chcieć i działać, a nie trzeba tu spędzać setek godzin na zebraniach, głosowaniach… Tu wystarczy raz w roku przyjść na zebranie i rozliczyć władze koła ze swej działalności, jak i delegata, którego zadaniem jest reprezentować nasze interesy. Czy to tak dużo? Jak już będziemy mieli wędkarskie władze, to nawet to nie będzie już potrzebne. Teraz jednak trzeba działać. W innym wypadku będziemy przez kolejne lata toczyć internetowe boje, udowadniając, że wypracowana w mękach ryba z PZW nas 'cieszy'.

 

Autor: Lucjan Śliwa

© 2014-2021 Spławik i Grunt | Developed by Indico.pl