Nie mierz wszystkich Mostka zdaniem, gdyby ta gra była warta świeczki to by przeznaczyli nawet i cały czas antenowy żeby gadać o rybach. Górników jest kilka krotnie mniej, a jednak wchodzą im w cztery litery co wybory, bo są zgrani i solidarni we własnym środowisku. Gdybym im teraz lewica obiecała, że utrzyma kopalnie i ich pensje to nagle przestałoby im przeszkadzać LGBTQ+, imigranci, ukraina itp. a Tuska to by na rękach nosili podczas Barburki. W Polsce z tego co widzę w internecie jest około 600 000 wędkarzy zrzeszonych w PZW (jak się mylę to mnie poprawcie), a górników 80 000 na jednego górnika przypada 7 wędkarzy, w PZŁ jest około 120 000 osób zrzeszonych więc to pokazuje jak liczną grupą jesteśmy i co moglibyśmy razem zdziałać. Co wybory politycy powinni w kolejce stać i całować naszą caryce licząc, że poprze ich w wyborach na zasadzie 'kto da więcej' i szepnie kilka słów do swoich poddanych w okręgach i kołach. Dodatkowo my w przeciwieństwie do górników nie ciągniemy kasy z budżetu państwa, a raczej tam dokładamy. (tutaj proszę to potraktować dosyć łagodnie bo nie wiem czy to jest 100% prawdy)
Problemóœ jest tu kilka.
Pierwszy to edukacja. Aby walczyć o coś, trzeba rozumieć genezę problemów, co jest przyczyną a co skutkiem. Niestety, większość wędkarzy wierzy, że ryba się bierze z zarybień, więc już mamy bardzo duża przeszkodę. NIe rozumieją, że zarybianie to powiększanie problemów a nie ich zapobieganie. Na przykłąd- górnicy na Śląsku, których wielu wedkuje. Oni pamiętaja jak kopalnie czy huty zarybiały szlonymi ilościami karpia, amura i innych gatunków dane wody, przyzwyczaili się do wielkich ilości mięsa. I nagle przyszedł zonk, bo zmienili prawo, i okazało się, że są limity zarybienia karpiem (kilka kg kroczka na hektar), zaś na wodach nie państwowych przestano zarybiać, bo wiele kopalni czy hut zamknięto lub brakowało im kasy. W efekcie zmasakrowali swoje wody. Czy dzisiaj jest nacisk na tarło naturalne, na mądre korzystanie z wód, na limity itd? Nie, wędkarze żądają aby zarybiać. Jędrzej swojego czasu pisał, jak w jego kole wędkarze żądali, a przecież głosują, za tym, aby było wiadomo kiedy jakie się zbiorniki zarybia karpiem. Bo chcieli je pozbawiać ryb natychmiast. Czyli przypomina to sadzenie, po którym pojawiają się ci co wybierają co zasadzone. Glupota maksymalna.
Sprawa druga to zasady rodem z PRL. Wierchuszka ma przywileje, dlatego nie ma przejrzystości. Prezesi i inni z zarządu nie moga być na etacie, otrzymywać pensji. Więc jest szereg mechanizmów wyciągania kasy, często w szemrany sposób. Nikomu więc z zainteresowanych nie zależy, aby ktoś to widział i jeszcze dociekał co i dlaczego. Stąd wielki opór przed zmianami. A dobre koła chcą dobrego zarządzania, patrzą na kasę, nie dają się wyrolować. Dlatego są tępione i wielu wartościowych ludzi opuszcza PZW. W okręgu opolskim wielu poszło na swoje, i odebrało wody związkowi, sami teraz nimi zarządzają. Trudno też aby wielu chciało wspierać prezesa jak Msś czy jego wspólników, aby się paśli, podczas gdy nie ma kasy na szkółki lub na zagospodarowanie wód. Jest więc w działanie PZW wpisana walka pomiędzy frakcjami, która wyklucza sprawne działanie.
No i mechanizm centralnego zarządzania. Gospodarka centralna się nie sprawdza, ale jest na nią nacisk. Dlatego okręg opolski, gdzie rybaków nie ma, wspierał rybactwo i bycie filarem lobby rybackiego przez PZW, bo jego zarządzający dostawali z tego tytułu kasę. Wielu wędkarzy o tym nie miało i nie ma pojęcia. Bez kasy z rybactwa nie da się utrzymać tego bizancjum w PZW

Dlatego jest nacisk na ten sam kierunek, nie na zmiany. Podstawą powinna być rezygnacją z rybactwa, oddanie jezior lub takie nim zarządzanie jak jeziorem Orzysz. Interes wędkarza niestety jest spychany na dalszy plan, liczy się interes działaczy. Którzy tworzą przepisy pod siebie, jak np te odnośnie ordynacji wyborczej. To pozwoliło im na ustawkę w ostatnich wyborach.
No i na koniec. Mam wrażenie, ze w PZW są ci, dla których to najtańsza opcja na pozyskanie mięsa, oraz tacy, co nie mają innego wyjścia. Bo nie mieliby dostępu do wód, czy do zawodów. Najbardziej wartościowi dawno opuścili szeregi PZW i zajmują się swoimi wodami, bez konieczności ścierania się z leśnymi dziadkami. Sami decydują co i jak. Czy należy wierzyć w zmiany? Polecam prześledzić losy wybranego głosami wędkarzy prezesa mazowieckiego okręgu PZW, jak go spacyfikowali działacze, ta klika z wierchuszki. Moim zdaniem przełomu nie będzie. Wędkarstwo to hobby a nie praca, dlatego dla wielu nie jest priorytetem walka o lepsze wody. Ważniejsza jest rodzina, kariera. NIe ma więc odpowiedniej presji jak i chęci. Tym bardziej, że reformy musiałyby być bolesne i graniczyć przede wszystkim zabieranie takich ilości ryb.